sobota, 10 sierpnia 2013

misiek

   Mortem Post siedział w ogromnym, skórzanym fotelu. Bordowy kolos, pielęgnowany kremami do ludzkiej skóry, polerowany codziennie przez Marylę Morone, głuchoniemą dziewczynę znikąd, odbijał refleksy światła spadającego nań z secesyjnej lampy, stojącej pomiędzy czarnym biurkiem o dwunastu szufladach a żelaznym stolikiem na wygiętych figlarnie nogach. Maryla Morone wycierała kurze w gablocie ze statuetkami nagród za naukowe osiągnięcia. Robiła to codziennie. Doktor Post nie znosił kurzu. Mawiał, że kurz zbiera się tam, gdzie nie ma ruchu, a gdzie nie ma ruchu, nie ma życia. Był też autorem słynnego powiedzenia, będącego mottem Sympozjum Psychiatrycznego "Sztuka a psyche" - "Człowiek poruszony to człowiek ocalony". Przez cały miesiąc potężny billboard zdobił ogromną ścianę Instytutu Naukowego w stolicy, zaszczepiając w świadomości ludzi tę prostą myśl. Odbierając nagrodę za hasło, Post śmiał się, że on tylko sparafrazował znane powszechnie powiedzenie "Ruch to zdrowie". Nigdy natomiast nie wspomniał, że najzwyczajniej w świecie ukradł pomysł jednemu z pacjentów, wymyślającemu z pasją różne aforyzmy.
   - Maryla - powiedział. Nic. Podniósł głos. - Morone!
   Dziewczyna nie reagowała. Pochyliła się nad niższą półką i powoli zaczęła wyjmować stojące na niej kryształowe figurki Psyche. Przez fartuch odbijał się zarys jej majtek i ramiączek stanika.
   Doktor Post przełknął ślinę. Opuścił na kolana ręce, na których dotąd spokojnie opierał brodę.
   - Mów - rzucił.
   Misiek stał w zacienionym kącie gabinetu. Wielki, ale teraz jakby zmarniały, bezradny niczym przyłapany na masturbacji dzieciak, zgarbiony i niepewny. Zerknął jeszcze raz na Marylę Morone.
   - Mów, Klepacz. Nie mam czasu.
   Misiek stęknął i zrobił krok do przodu.
   - Wróć!
   Wrócił.
   - Przecież pan wie...
   - Panie dyrektorze.
   - ...panie dyrektorze, wie pan przecież.
   Mortem Post patrzył na Marylę.
   Michał Klepacz, czyli Misiek, podrapał się po spoconym czole, nabrał powietrza i zaczął mówić:
   - Normalnie, szefie, chciałem ją wydupczyć. Nie mam nikogo, wie pan. A ona i tak niczyja. Nikt by się nie dowiedział. Jakby nie ten Egon, idiota. Marnuje się dziewczyna, też coś jej się od życia należy. - Zerknął na Morone. Czyściła kolejną półkę. Jeszcze bardziej napięty fartuch delikatnie zagłębiał się jej między pośladkami.
   - Wziąłem ją na górę, na nieczynne piętro. Cisza i spokój. Nie wiem, jak to się stało, że wyszła na ten pieprzony parapet. Znaczy, na gzyms... potem. Wszystko przez tego Egona. Dostał jakiegoś szału, zaczął napieprzać w drzwi, potem rzucił się na tego Walczaka. Zanim dobiegłem, Walczak rozwalił mu mordę i połamał żebra. Musiałem obu zabrać na cichą salę. Jak wróciłem, to już jej nie było...
   Doktor Mortem Post westchnął.
   - Widzisz, Klepacz, nie zdążyłeś. Jakby nie zwiała, to byś jeszcze ją zgwałcił.
   - Zaraz tam, zgwałcił. Zgodziłaby się.
   - Tak, jak Egon, jak ten spod czwórki i ten, co go przygniótł automat z batonami?
   - Co pan...?
   Mortem Post położył dłonie na skórzanych oparciach fotela. Zaczął gładzić opuszkami palców lśniącą czerwień, cały czas przyglądając się Maryli Morone.
   - Słuchaj Klepacz. Jak jej ojciec się dowie, osobiście przetnę ci płat czołowy. Jak ona się nie znajdzie w ciągu trzech dni, też. Jak znikniesz, zajmę się osobiście twoją siostrą.
   Klepacz gwałtownie się wyprostował. Przez jego twarz przebiegł skurcz.
   - Skąd pan... nie może pan...
   Mortem Post zmrużył oczy. Maryla Morone czyściła najniższą półkę. Oblizał wargi.
   - Idź już, Misiek. A może pan Misiek, co?
   Michał Klepacz odwrócił się i wyszedł. Ostrożnie, żeby nie trzasnąć drzwiami. Żeby nie wzniecić kurzu. Żeby wreszcie wyjść.

czwartek, 8 sierpnia 2013

blondynka

   (...)Wielka miłość Waltera? Tak, można chyba tak powiedzieć o Marilyn Monroe. Ale co on tak naprawdę umiłował? Kogo? Co w niej, w tej kobiecie wiecznie spadającej z gzymsu, tak go pociągało? Obietnica katastrofy? Tajemnica? Niewybaczalne piękno? Absolutna bezradność? Dość, że pochłaniał wszystko, co o niej pisano. Część z tego odrzucał, jak doskonały filtr; intuicyjnie wybierał najtrafniejsze dzieła. Projekcja? Może, ale kto z nas nie ulega czarowi projekcji, kto z nas nie wyświetla filmów na twarzach i w umysłach mijanych w życiu osób? Walter, to fakt, był w tym specjalistą. Wystarczyła plotka, wyczytana w jakiejś brukowej gazecie, a już w jego umyśle rodziły się sny i fantazje na miarę epopei. Z kolei opasłe tomiszcze z polityczną aferą w tle, podobno świetne, mogło napawać go odrazą. Podobnie doskonały dokument w tv. Jego Marilyn musiała być taka, jak sobie wymarzył. I tylko pasujące do tego obrazy chciał oglądać i oglądał.
   Manipulant? O, taaak. Rewelacyjny. Bezczelny i subtelny jednocześnie. Delikatny i karkołomny. Spontaniczny i wyrachowany. Komplementy w jego ustach brzmiały jak motta, jak życiowe creda. Stare kobiety nagle, choćby na ułamek chwili robiły się pociągające, z błyskiem w oku chwytały go za rękę i słały uśmiech, który kiedyś, za młodych lat zarezerwowany był dla tego jedynego. I gotowe byłyby oddać resztę życia za to uczucie, nieświadomie przywoływane, gdy Walter Egon obdarzał je - jakże naturalnie, spontanicznie, lekko i wręcz bezmyślnie - uśmiechem, uwagą, troską i zachwytem dla ich przemijającej kobiecości. Ale jakże łatwo się rozklejał. Nie potrafił wytyczyć sobie granicy. uwodził każdego, kto miał dla niego jakąś wartość. Nie, nie w sensie fizycznym, oczywiście, że nie o to chodziło...
foto: Jacek Olejnik
na zdjęciu Sławek Chmiel
   On po prostu musiał być kochany. I nigdy nie miał dość...
   "Blondynka" Joyce Carol Oates. To kolejna książka o MM, dzięki której żył, która go formowała latem roku 2010. Zmyślona opowieść, ale jakże pasująca do jego nadziei, jego marzeń, jego MM. Swoją drogą, cudowna książka. Poetycki język. Nastrój, jak w letnim kinie lat sześćdziesiątych w Stanach, w odkrytym cadillacu, z dziewczyną młodą i roześmianą na skórzanej kanapie, tuż obok.
   Czy mu się dziwię? Wcale.
   Czy mu zazdroszczę? (śmiech)
                                          


kobieta w czerwonych butach
                                fotografie Argotha

ta kobieta w czerwonych butach
suka której nie zniosą billboardy.
nasza matka w krwawych muślinach.
skąd wiemy o niej całą prawdę?

śmierć nie jest niczym nowym.
ani niezwykłym.
na miedzi turkusowa pleśń.

popsute zęby zegarów
spękane serca dzwonów
zakrzepłe oka pończoch
pełznących po udzie
ciepłym biodrze sadle
ćwiekowanych kręgach

aż po gęstniejący
w palcach prześwit szyi.

Zbite Zwierciadło

   - Cholera jasna! - wrzasnęła ciotka Umierała, nie siląc się wcale na metafory. Tu nie Sepia. Ledwie zdążyła wyjrzeć przez okno, a już musiała kogoś ratować. Jak zwykle, pomyślała z pogodną rezygnacją. Strzeliła jęzorem, który plasnął o garb Anny Marii, przykleił się do niego i porwał postać ze świstem wprost w otwarte okno. Ciało Anny Marii gruchnęło o podłogę tuż przed wózkiem ciotki i na domiar strachu otrzymało kilka porządnych sińców.
   - O mało się nie roztrzaskałaś! Co za porażający brak fantazji!
   - Ciocia Umierała...
   - Umierała, nie umierała. Musiałam cię tu jakoś ściągnąć. Jeśli urwana rynna i szczerbaty gzyms są w stanie przyprawić cię o rozpad, to źle z Tobą, moja droga. Głupia jesteś jak te twoje kozły. Będziesz musiała kupić nowe, zdaje się? Ciekawe, za co. Wstawaj.
   Anna Maria wstała.
   - Przejdź no się trochę.
  Zrobiła kilka kroków. Garb próbował jeszcze trochę rozrabiać, ale błyskawica w spojrzeniu ciotki odebrała mu resztkę animuszu i potulnie wrócił na swoje miejsce.
   - Iiiii, nic ci nie jest. No, siadaj. Napijesz się trochę winnicji i będziesz jak nowa.
   - Przywiozłam ci skarpety, ciociu, proszę.
  - Nie czytasz gazet? Dopiero co, z niekłamanym trudem, bo śruby były przerdzewiałe, wyciągnęłam nogi i... Sama zobacz. Dostałam od Jego Wysokości.
   Anna Maria wzdrygnęła się na samą myśl o wysokości.
   - Zbite Zwierciadło. Więc tak wygląda. Czytałam, ciociu, czytałam. I o biednych też. Ale pomyślałam sobie, że jak ktoś nie ma nóg, nie oznacza, że nie zasługuje na dobre skarpety. To są skarpety... Tak, ciociu - dodała z uśmiechem ulgi, widząc rozpromieniające się oblicze Umierałej.
   - Ze wspomnień? No, bardzo ładne, dziękuję. Opowiadaj.
   Anna Maria wpatrywała się w okrągłe, metalowe pudełko, kryjące Zbite Zwierciadło. Krążyły o nim legendy. Jedna z nich wylądowała kiedyś na balkonie Anny Marii. Od tej pory dziewczyna marzyła nieśmiało o tym, że kiedyś spojrzy, zerknie choćby w Bolesną Taflę. Jej legenda mówiła o tym, że jeśli człowiek czystego serca spojrzy w Zbite Zwierciadło o godzinie, w której się urodził, dołoży sobie... No, właśnie, kiedy słuchała swojej legendy na balkonie, akurat w tym momencie przelatywał obok Wielki Korektor na tym swoim obrzydliwym Pogazie. Wielki pierd bestii zagłuszył słowa legendy.
   W każdym razie, czegoś powinno jej przybyć.
   Zaczęła mówić.
   Winnicja płynęła żyłami, wypełniała serce i mózg, rozluźniała ciało i myśli.
   Anna Maria żaliła się na garb, na ostatni guzik, brak Corvuscoraxu nie tylko na Targowisku Próżności, ale również na Białym Rynku, ubywającego kota o imieniu Niczy oraz na zniknięcie kruka. Garb siedział cicho. W miarę opowieści wszystkie te wydarzenia przestawały mieć znaczenie. Powoli rozpłynęły się w pyle unoszącym się w promieniach zachodzącego Prawego Profilu, który, wraz z bratem, Lewym Profilem, oprócz Sepii oświetlał również Winnicję oraz kilka innych krain, znanych tylko Nielicznym. Prawy Profil uświadomił sobie, że tęskni za Lewym Profilem. To uczucie było upojne i pochłonęło Prawy Profil bez reszty. Takiego zachodu słońc nie pamiętał nikt. Spektakl trwał dużo dłużej niż zwykle. Na niebie pojawiły się niespodziewane, zastosowane po raz pierwszy,  nie opatentowane jeszcze, efekty wizualne.
   Kolejne plaśnięcie, tym razem w twarz, przywróciło Annę Marię do nierzeczywistości. Iskry, które sypnęły się przy okazji, ułożyły się w napis: "Żegnaj, moja droga..." Anna Maria była jak nowa.
Ginekolo Ga podczas pracy
- Spadku oczywiście nie dostaniesz. Łatwo się było tego spodziewać. Ale też Niczego ci nie ubędzie. Choć z drugiej strony na Niczym daleko nie zajedziesz... Z garbem ci do twarzy. Aha. Zdaje się, że zgubiłaś guzik. Hi, hi, wracasz na piechotę...
   Ciotka Umierała potoczyła wózek zygzakiem w stronę stołu. Sięgnęła po butlę. Wysączyła ostatnie krople.
   - A to możesz sobie zabrać - wskazała Zbite Zwierciadło, wciąż tkwiące w dłoniach Anny Marii. - Coś mi mówi, że tobie będzie bardziej potrzebne, niż mnie. A ja zawsze ufam Cosiowi. No, leć już.
   Anna Maria ucałowała ciotkę w obumarły policzek.
   - Aha. I pozdrów ode mnie Ginekolo Ga - zachichotała. - Jak on grał, jak on grał...

środa, 7 sierpnia 2013

kruk po tej stronie

   Obudził mnie szelest. Spojrzałem odruchowo na łóżko Pojarki, bo ten wariat lubił od czasu do czasu, w księżycowym amoku, szurając kapciami, podchodzić do nas i szukać petów. Nic. Leżał na boku, z nogą spuszczoną na podłogę. Tourette też spał. Skelet, jak to Skelet, z otwartymi gałami, na boku, zrzucając ślinę na poduszkę i podłogę, ni to spał, ni to żył.
   Szelest dobiegał od okna. W poświacie księżycowego blasku dostrzegłem siedzącego na parapecie ptaka. Ba, ptaka! Aż mi skóra ścierpła. Był ogromny, z wielkim dziobem, gruby i długi. Załopotał skrzydłami.
   Usiadłem na łóżku. Nogi wpadły w kapcie. Przetarłem oczy i ziewnąłem. Zjawa nie zniknęła.
   Pomiędzy kratami, na parapecie siedział wielki ptak i chyba się na mnie gapił. Kruk, tak mi się zdało.
   Złapałem kapeć i cisnąłem.
   - Czego tu?
   Machnął tylko skrzydłami i nic. Kiwnął głową, zupełnie jakby pokazywał mi, żebym podszedł. Głupoty. Podszedłem. Podniosłem kapeć i trzymałem go w ręce; bo to wiadomo, co takiemu ptaszysku strzeli do łba?
   Znowu kiwnął.
   - Czego? - spytałem odruchowo, już znacznie grzeczniej. Zbiżyłem się do okna, z kapciem w ręce. Wtedy on usunął się i ruchem skrzydła, jak pragnę zdrowia, wskazał okna na piętrze. Spojrzałem.
   Znieruchomiałem. Zamarłem. W oknie na czwartym piętrze, nie wiem skąd, nie wiem jak, nie wiem dlaczego, stała Barbie Turan. A raczej obok okna. Na gzymsie.
   Może naprawdę zwariowałem, ale dam głowę, że kruk płakał.

ciotka Umierała

   - Prrrr! - Anna Maria pociągnęła lejce do siebie. Kocury wbiły pazury w udeptany popiół. Czerwone skry wystrzeliły w powietrze. Nad głową Anny Marii eksplodowały i ułożyły się w zielony napis: "WITAJ, MOJA DROGA". Odruchowo klasnęła w dłonie.
   - Jak pięknie! - Zawołała i odwróciła kocury ogonem. Będzie jak znalazł na powrót.
   Wstała z kozła. Wytargała go za brodę, dmuchnęła w rogi. Echo rozbiegło się po peronie. Nie zamierzała go gonić. Musiała odnaleźć Zaułek Cieknących Rynien, tam wspiąć się po jednej z nich i po gzymsie dostać się do mieszkania ciotki. To mogło okazać się trudne. Anna Maria bała się wysokości. Dlatego nie ufała Sentymentowi. Owszem, śmiała się, huśtała na drzwiach, podarowała mu swoje ptaki, ale w głębi serca czy mogła mu ufać? Ilekroć widywała go, zawsze w towarzystwie Jej Wyniosłości Melancholii i tego przydupasa, Korektora, wydawał się taki obcy, niedostępny, zły. A tu, proszę! Staje w jej progach, opowiada o okaleczonym dzieciństwie i chucha na szybę. Co, jak co, ale chuchanie na szybę? No, no, musiała uważać.
   Szalik nucił jakąś melodię. Anna Maria nie rozpoznawała jej, ale miała wrażenie, że gdzieś ją już słyszała. Może w kolejce do Ginekolo Ga? Ginekolo, nadworny Organista Jej Wyniosłości Melancholii, zaszczycił kiedyś wszystkich mieszkańców Sepii zaproszeniem na casting do musicalu "Herr". Anna Maria czekała w kolejce trzy profile, potem, z podkrążonymi oczyma, wycieńczona, ale zdeterminowana, śpiewała jak najęta. Najęta nie została. Zdecydował garb. W tamtym okresie życia Anny Marii był bardzo humorzasty. Czuła, że może gdyby chodziło o inne dzieło, w którym jego rola miałaby większe znaczenie, na przykład "Nocnik z Rotterdam", czy też jakże słynną wtedy obyczajówkę "Na pochyłe drzewo i Salomon nie naleje",  byłby się zgodził. Ale jakiś tam "Herr"? I cóż z tego, że pod batutą samego Ginekolo Ga, który Grał chyba na wszystkich orGanach świata? Więc mimo C, wysokiego jak Jasna Cholera (4,19), Anna Maria opuściła Gabinet bez recepty. Od tej pory jej śpiew brzmiał tylko dla garba. I koniec.
   Spojrzała ponad okna. Rynna, z której ciekło, wiła się po ścianie raz w górę, raz w dół.
  - Raz kozie śmierć - powiedziała Anna Maria i chwyciła za mokrą blachę. - O, żeż w mordę, znowu będę musiała kupić nowego. - Kozioł, zaparkowany na peronie, runął.
   Poszło jej bardzo łatwo. Jak krew z nosa. Czerwona struga pociekła to w górę, to w dół, aż do rynsztoka. Po chwili do rosnącej kałuży zbiegły się dwa wilki i zaczęły chłeptać.
   - Niech no tylko skończę. Już ja z wami zatańczę - krzyknęła Anna Maria, nie patrząc w dół. Jeszcze dwa susy i stanęła na gzymsie. Garb ciągnął ku ziemi. Rynna ciekła, a cień na ścianie usiłował nie spaść. Wilki zadzierały łby i węszyły niespokojnie. Czuły krew. Anna Maria powoli zaczęła sunąć w stronę pierwszego z brzegu okna. Już, już chwytała palcami za ramę, już wsuwała dłoń w uchylony luft, stopą namacała już gorący, blaszany parapet, pokryty warstwą popiołu, gdy nagle usłyszała bicie Zegara. Normalnie powiadomiłaby straże, bo bicie w Sepii było czymś niespotykanie rzadkim i niedopuszczalnym, ale tu, w Winnicji mogły panować przecież zupełnie inne zwyczaje, nie mówiąc o przepisach.

wtorek, 6 sierpnia 2013

bohomazy

   Kiedy Walter zbliżał się do ławki schadzek, promień słońca łaskotał ją w nos. Kichnęła. Walter poczuł ukłucie w słonecznym splocie.
Barbie Turan uśmiechnęła się. Do niego.
   - Chciałam ci coś pokazać.
   Spod szpitalnego kitla wysupłała zawiniątko. W poszarpanym gałganie trzymała zawinięty zeszyt. Ktoś musiał się nieźle napracować, żeby z papieru toaletowego zrobić takiego dziwoląga. Pogładziła jego okładki, a następnie delikatnie przewróciła kilka stron.
   - Patrz!
   Walter uważnie przyjrzał się plątaninie kresek i ciapek. Niewiele z tego rozumiał. Poczuł zakłopotanie i ciepło pod językiem.
   -  Ładne... wzorki.
  - Nie wzorki. To są dwa delfiny. Skaczą po falach - promień słońca działał wytrwale. Kichnęła znowu. Walter znów poczuł ukłucie.  - Widziałam takie kiedyś.
   - Gdzie?
   - Nie pamiętam. A to - przesunęła palec o prawie wygojonym paznokciu na prawą stronę notatnika - to są wilki. Dwa wilki w stepie. Też takie kiedyś widziałam.
   - Co to jest step?
  - Nie wiem dokładnie. Ale to jest coś bardzo dobrego - obróciła kolejną stronę. Na odwrocie widniały kolejne gryzmoły.
   - A to są konie.
   - O, tak, widzę, stado koni!! - Walter aż podskoczył z dumy.
   - Nie. Dwa konie - chciała mu spojrzeć prosto w oczy, ale nie zdążyła. Odwrócił lekko głowę.
   - Rzeczywiście. Dwa...
   Na chwilę zapadło milczenie.
   - Podobają ci się?
   - Bardzo.
  - Weź cukierki. To od taty - Barbie Turan wyciągnęła dłoń z kolorowymi kulkami. Ładne były. Błyszczące. Walter wziął kilka i chciał schować je do kieszeni.
   - Lepiej zjedz od razu. Żeby się Misiek nie dowiedział. Albo chłopaki.

***

   - Wiesz co, śniło mi się dzisiaj, że zniknąłeś. Nie wiedziałam, czy uciekłeś, czy cię złapali i zrobili ci coś złego. Nic nie wiedziałam. Płakałam w tym śnie strasznie. Tak płakałam, że wyschłam i się rozsypałam. Kiedy śnią mi się takie rzeczy, boję się. Jednak trochę się boję, chociaż tak naprawdę wiem, że nie ma czego.
   - Jak to?
   - Tak to. Słyszałam.
   - Co słyszałaś?
   - Taki głos. Nie bój się. Wstań i idź. No i wiem, że ten głos nie kłamał. Wiem to. Ale czasem jest tak strasznie, że trochę jednak się boję. Na przykład tam, na końcu Alei Pomyj. Tam się bałam... Ale ty nie znikniesz, prawda?
   - Chyba nie. Mam nadzieję. Nie martw się. Spróbuję nie dać się złapać. A żeby uciekać? Wiesz co, nie. Nie chcę uciekać. - Po dłuższej chwili dodał: - Tu mi się nawet podoba.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

tętno

   Szklane drzwi rozsunęły się bezgłośnie. Chłodne, klimatyzowane powietrze o zapachu płynów dezynfekcyjnych rozlało się po hallu. Zgasły baketriobójcze świetlówki, sztuczne płuco pracowało miarowo, żaluzje przymykały się w niedostrzegalny sposób tak, by stale przepuszczać jednakową ilość światła. Pompa infuzyjna mrugała żółtą diodą. Pora na nową butelkę. Wielkie automatyczne łoże uniosło się do pozycji półleżąc. Worek z moczem drgnął, przyjmując kolejne ciemne krople. Monitory nad wezgłowiem wyśpiewały aktualny stan:
   - Witam cię, mój drogi. Czuję się dobrze. Tętno mam na poziomie sześćdziesiąt pięć. Ciśnienie dziewięćdziesiąt na sześćdziesiąt i stale rośnie. Żartuję, oczywiście. Cukier sto dwadzieścia siedem. Drobny częstokurcz około godziny siedemnastej. Przyjęłam dawkę cardiostepu oraz insulinę. Co w pracy?

pożary

   "Czczy Sepianin" donosił:
   Od niepewnego czasu odnotowuje się serię numer SP-909 małych pożarów. Spadają one na Sepię wprost z jasnego nieba i wypalają niewielkie powierzchnie, gasnąc niezrównanie niespodziewanie. W wypalonych miejscach widać wyłącznie sepię. Korespondent "Czczego Sepianina", Trop Półprawdy podjął nieudaną próbę kalkulacji. Jeden, dwa, trzy, sta... Zresztą, co tam liczby. Kolejne miejsca są spalone. Odsłania się grunt. Czy w gruncie - rzeczy, tego jeszcze nie wiadomo. Sprawca nie jest znany.

   Anna Maria cisnęła gazetą byle gdzie. Trafiła kota. Kot zjeżył się, jakby szedł nie po jednym, a po dwóch elektrycznych drutach.
- Wścibskie bydlę - pomyślała - zasłużył sobie.
   Chęć pchnęła ją gwałtownie w stronę kredensu. Właśnie skończyła skarpety dla ciotki i teraz wciągnęła je na nogi, na próbę. Przejechała po podłodze. Śliskie, bestie, dobre!
foto: Kasia Chmiel
   Skrzypnęły drzwiczki. Jest. Kryształowa flaszeczka z czarnym płynem. Właściwie nie czarnym. U schyłku dnia jedenaście bladych słońc prześwietliło zawartość ukazując granatowo-fioletowe refleksje Anny Marii. Corvuscorax - głosił fikuśny napis na etykiecie. Zgodnie z etykietą, Anna Maria ruchem pełnym gracji wyciągnęła korek. Szpunt! Mikstura zakupiona na Targowisku Próżności, zgodnie z etykietą oczywiście, rozwiązywała zagadki, supełki, języki, sznurówki i związki, jednak ostatnia pozycja została przekreślona czarnym atramentem Maga Maga i opatrzona dopiskiem: "nie dotyczy". Anny Marii nie dotyczyło. Ona zastanawiała się, czy eliksir rozwiąże Zagadkę.

niedziela, 4 sierpnia 2013

kamienica pani Creims

są w kamienicy pani Creims
wysokie okna i niskie sufity.
klamki pod nosem. drzwi ciężkie
jak zapach świeżej lawendy. ta sama

droga mrocznym korytarzem
z ust do śmietnika. cztery kroki
w poprzek. światło że cienie (jak
profil modelki) życia pod piątym

snu na trzynastym. są noce
duszne i ciepłe oddechy. chłodne
spojrzenia kota w rynnie spłodzonego
świtem. i lepki dotyk kochanki

przez płótno. kiedy opada
pierwszy liść paznokcia. gdy
więdnie róża poczerniałych palców.
więc wbiegam wbiegam wbiegam wbiegam

wbiegam po kamiennych żebrach

   Jego Wysokość Sentyment skończył dyktować. Był z siebie naprawdę dumny. Zupełnie nie wiedział o czym jest jego wiersz. Nie zmarnował dziewięciu semestrów korespondencyjnego kursu Grafomanii Stosowanej. Stosy nikomu niepotrzebnych poematów zalegały komnaty na poddaszu Baszty Do Góry Nogami.
   - Czy mam postawić kropkę nad i, panie? - zgodnie z etykietą zapytał Stenograf.
   - Niech stanie się kropka - zwyczajowo odparł Sentyment.
   - Do bani - stwierdził Stenograf, dokańczając formułę.
   Baszta Do Góry Nogami wisiała nad Wyrwaną Bramą, wieńczącą główną alejkę Parku Sennej Ułudy w Zamglonej Dzielnicy. Sentyment nie fatygował się na poddasza osobiście. Powierzał swoje wiersze dwugłowym gołębiom. Potrafiły latać na plecach i mogły przenosić spore paczki. Miał ich siedem. Albo dwanaście. Jakoś tak, w końcu liczby, ilości, cyfry, kolejność - to były Głupie Sprawy i Jego Wysokość nie zamierzał zaprzątać sobie pamięci błahostkami. Pamiętał za to, że otrzymał je w podarunku od Anny Marii, tej garbatej dziewczyny mieszkającej bodajże w białej kamienicy opodal hotelu "Imaginacja". To było krótko po Popiołach. Sentymentowi zdarzyło się wówczas najdziwniejsze, najbardziej szalone i niezwykłe, niebywale ekstremalne marzenie w Jego Dotychczasowym Życiu. Zapragnął udać się na spacer. Widział siebie Oczyma Wyobraźni na ulicach Sepii, idącego wolno, kłaniającego się mijanym przechodniom, pozdrawiającego bawiące się dzieci. Gdzieś w nieokiełznanych głębinach jego jaźni, tam, gdzie rodzą się podszyte atawistyczną tęsknotą zachcianki, dostrzegał strugę moczu tryskającą z Jego Pękatości na ścianę własnego pałacu. Niechby strażnicy pognali go Gdzie Pieprz Rośnie. Niechby zamknęli go na cztery spusty. Pokazałby, jakm jest męskim władcą. Nie przyznałby się, nawet przy czwartym spuście.
Chciał też dowiedzieć się - jak w tej baśni z lat dziecinnych, którą czytywała mu mamusia - co też naprawdę dzieje się w Sepii? Jak żyją mieszkańcy? Czy śmieją się  ot tak, po prostu; czy podają sobie Pomocną Dłoń, którą z takim trudem wydobywano w Kopalni Miłości na południu Sepii? Słowem - chciał. Więc - się stało. Musiał jednak pozostać nierozpoznany.
   - Wielki Korektorze, jakie przebranie powinienem przywdziać, by ludzie nie myśleli, że ja to Ja? Może należałoby przebrać się za drzewo?
   Wielki Korektor oderwał wzrok od tomiszcza, leżącego przed nim. "O kurzu". Wersja dla niesłyszących. W sam raz, by ukryć w nim westchnienia i okrzyki rozkoszy Jej Wyniosłości, gromadzone skrzętnie przez Korektora od czasu wynalezienia punktu G. NiGdy nie wiadomo, co komu doleGa, Głosiło trzecie prawo korekcji.
   - Panie. Jestem przekonany, że nie powinieneś w ogóle...
   - Pójdę na ten spacer! To postanowione.
   - ...się przebierać. I tak nikt cię nie rozpozna.
   Jego Wysokość spojrzał na Korektora z góry. Za nisko. Podsunął sobie podnóżek i wskoczył. Czuł, że już dawno powinien zabić tego gnojka, ale Coś go powstrzymywało.
   - Co masz na myśli?
   Wielki Korektor pochylił głowę.
   - Wybacz. Chodzi mi o to, że pod tą latarnią będzie najciemniej. Jeśli przebierzesz się za biedaka, żebraka, żula, złoczyńcę czy dobroczyńcę, każdy cię rozpozna, bo od razu zwrócisz na siebie uwagę. Ale jeśli po ulicach, dajmy na to Aleją Pozytywu, przespacerujesz się powoli, bez pośpiechu, dostojnie, z właściwym sobie bezmyślnym uśmiechem, wszyscy pomyślą, że to na pewno nie ty. Będzie to widok tak niezwykły, Jego Wysokość Sentyment na ulicach, wśród prostych ludzi, na pieszo, że nikt nie ośmieli się ciebie rozpoznać.
   Jego Wysokość zeskoczył z podnóżka.
   - Tak będzie.
   I tak było. O jednym tylko nie powiedział Korektor. Kiedy Jego Wysokość Sentyment mijał Fontannę Magnezji, opluto go po raz pierwszy. Na Targowisku Opowiastek zewsząd słyszał niestworzone historie na swój temat. W ulicy Negatywu mówiono o nim same dobre rzeczy, kiedy zaś wkroczył do Parku Sennej Ułudy, wszystko zrozumiał. Przysiadł na ławce i zamknął oczy. Przyśniło mu się, że ludzie rzeczywiście go nie rozpoznają i myślą, że to jakiś oszust przebrał się za Jego Wysokość. Dlatego gotowi są rozszarpać drania. Nawet jego ukochane gołębie przelatując nad nim, dawały upust niechęci. Obudził go brzęk tłuczonego szkła. Przed nim stał obdartus.
   - Szumowino!
   Sentyment zaczynał powoli się przyzwyczajać. Było nieźle.
   - Dasz na Szumowino?
   Jego Wysokość już chciał sięgnąć  do kieszeni, ale uświadomił sobie, że jedyne Złote Guziki, jakie posiada, spinają rozporek jego spodni. Zatem był w kropce.
   - Gdzieś cię już widziałem. Może byłeś w "Kropce". Tej z "Biedronki". Pomożesz?
   Sentyment wstał i odszedł. Obdartus patrzył za nim, po czym wzruszył ramionami i usiadł. Po chwili zasnął. Ślina ściekała świetlistą ścieżką. Śniło mu się, że spotkał samego władcę Sepii. Kiedy się obudził, podreptał do "Biedronki" by przejrzeć "Kropkę". Jak dobrze, że Biedronka jest tak blisko, pomyślał.
   Tymczasem Jego Wysokość znalazł się pod hotelem "Imaginacja". W udekorowanych fekaliami gołębi szatach, ociekający plwociną, upokorzony i niechciany, przysiadł przed wejściem. Wyimaginowany portier w przezroczystej liberii momentalnie zjawił się przed nim.
   - Jak śmiesz, śmieciu?! Myślisz, że wystarczy przebrać się, żeby ukryć swoje prawdziwe oblicze?! Cnotliwi ludzie nie mają nic do ukrycia. Nie dorastasz do pięt naszemu Sentymentowi.
   Władca z trudem oderwał się od ławki. Guano zaczęło przysychać.
   - A napiwek?
   - Spierdalaj - ze łzami w oczach szepnął Jego Wysokość. Z tym czwartym spustem chyba nieco przesadził.
  Na niebo wtoczył się Prawy Profil. Przygrzewało coraz mocniej. Biała kamienica za hotelem sprawiała wrażenie chłodnej i opuszczonej. Jego Wysokość starł z twarzy zepsute jajko, którym trafił go przebiegający dzieciak i powlókł się w stronę plamy bieli.
   Zrezygnowany, z cuchnącymi skorupkami przyklejonymi do czoła, policzków i powiek, spojrzał na szyld nad wejściem.

                   KAMIENICA PANI CREIMS

   Z nadzieją wkroczył w chłodny cień sieni.

* * *

   Anna Maria właśnie kończyła skarpety dla ciotki z Winnicji. Coś mówiło jej, że wkrótce otrzyma Wiadomość Nad Ranem i pomknie na wschodni zachód. Lub na zachodni wschód, to zależy od zaprzęgu. Jeżeli najmie kocury, to pojedzie w jedną stronę. Jeżeli odważy się marzyć o Świętym Mikołaju, ten ze swoimi śmiesznymi reniferami powiezie ją w stronę przeciwną. Tak czy inaczej, skarpety trzeba skończyć. A tu rozlega się kołatanie kołatki. "Bo czegóż innego? Serca? Czyjego serca?"
   Podeszła do drzwi. Z trudem wyjrzała przez judasza. Był tak wysoko, a garb dziś wyjątkowo szukał czegoś na podłodze. Serce zabiło jej z wrażenia. To chyba... Co robić, co robić? Wahała się, zagryzając wargi. Puk, puk.
   - Co masz czynić, rób szybciej - usłyszała głos Judasza. Coś było nie tak.
   - To chyba nie twoja kwestia - szepnęła.
   Odsunęła zasuwę. Przekręciła klucz. Odpięła łańcuch. Zdjęła sztabę. Podniosła kratę. Wytarła połą fartuszka spocone czoło. Pośliniła palce i ujęła w opuszki gałkę zamka szyfrowego. Kiedy zapachniało tymiankiem, drzwi były otwarte. Stał w nich...
   Pochyliła się nisko.
   - Witaj, Jego Wysokość.
   - Chyba Wasza.
   - Może być nasza - w duchu zaśmiała się Anna Maria. Słyszała, że Sentyment lubi żartować.
   - Nie wasza, tylko moja, czyli nasza, to znaczy wasza.
   - Rozumiem.
   - Możesz się podnieść.
   - Już się podniosłam.
   - Gówno prawda - burknął Jego Wysokość i przekroczył próg. "Nie urośnie" - Anna Maria przypomniała sobie stare proroctwo swojej babci. Sentyment tymczasem dodał:
   - Żartowałem. Rozpoznałaś mnie.
   Anna Maria zerknęła na niego spod pachy.
   - Bez jaj - rzuciła od niechcenia. Kaktusy opuściły głowy, a cynowy talerz na ścianie zabrzęczał sam z siebie. Widząc wielkie oczy władcy Sepii, szybko dokończyła:
   - Żartowałam.
   Tego popołudnia śmiali się długo i szczęśliwie, a opowieściom nie było końca. Odkryli, że są jak dwie połówki jabłka. On, Jego Wysokość Sentyment, pierwszy i ostatni władca Sepii, właściciel Siedmiu Mórz i Jednej Wyspy Na Nich, przyszły pradziadek swojego prawnuka, "Ten, który robi co chce" i ona, prosta - nie całkiem - dziewczyna z białej kamienicy pani Creims, właścicielka wylosowanego garba i garbatego losu. On siedział pod piecem, dłubał w nosie i strzelał kulkami przez otwarte okno, ona wisiała do góry nogami na drzwiach od szafy, żeby go lepiej widzieć.
   Kiedy Prawy Profil zniknął za baobabami, ocknęli się z zauroczenia. Westchnęło.
   Jego Wysokość Sentyment stanął w progu.
   - Muszę już iść. Jesteś niezwykłą dziewczyną. Czy zobaczę cię jeszcze?
   Anna Maria poczuła, że się rumieni. W pudełku pod oknem zagruchały Luna i Vagina. Podeszła do nich.
   - Jesteście pewne? No, dobra.
   Sięgnęła z kosza dwa małe gołąbki o dwu łebkach, włożyła je w stary kapelusz i podała Jego Wysokości.
   - Dbaj o nie, Panie. Któregoś dnia lub nocy okażą się wszystkim co masz.
   Sentyment ujął kapelusz w dłonie, uśmiechnął się i zniknął w ciemności korytarza.

   * * *

   Jego Wysokość Sentyment westchnął. Zwinął wiersz i wsunął w opaskę na szyi gołębia. Ptak ruszył w lot. Odwrócił się na plecy i wpadł w najwyższe okno Baszty Do Góry Nogami.
   Sentyment patrzył za nim tęsknie.
   - Głupek - patrząc na męża, warknęła stojąca w oknie swojego apartamentu Jej Wyniosłość Melancholia.

piątek, 2 sierpnia 2013

do Winnicji!

   W Winnicji, jak to w Winnicji, leciało. Jakoś leciało.
   Anna Maria otrzymała Wiadomość Nad Ranem. Wiadomości Nad Ranem zwykle są dobre. Ta była zła. Zresztą, wszystko zależy od Strony. Z Jednej Strony gwałtowne pogorszenie zdrowia ciotki przypominało szczęśliwe zrządzenie losu, bo garb jak to garb, nieco zmieniał punkt widzenia na otaczający Annę Marię świat; z Drugiej Strony jednak Anna Maria lubiła zmiany. Zatem - obracała w palcach swój ostatni Złoty Guzik, nie mogąc zdecydować, którą Stronę wybrać. Dziurka mrugała do niej figlarnie. To był wyjątkowo ważny Złoty Guzik - w Sepii niezwykle trudno było znaleźć coś z jedną dziurką. Cokolwiek.
   W dodatku była to Dziurka Na Wylot. A to już ewenement. Być może był to jeden jedyny Złoty Guzik Sepii tego typu. Niezwykle wartościowy. Ogromnie. Wart trzech Guzików o trzech, pięćdziesięciu pięciu o pięciu i siedemdziesięciu siedmiu guzików o siedmiu dziurkach. Chyba, że miało się takie życie, jak Anna Maria. Podczas Rzutu Kulką wyrzuciła Nic przez wielkie N, zatem - za jej Złoty Guzik mogła kupić nic. No, to kupiła. Szczęście w nieszczęściu, podczas kupowania niczego nikt nie żądał w zamian niczego, więc jej skarb był nadal przy niej. Teraz wystarczyło przyłożyć Guzik do lewego oka, ale do lewego - i spojrzeć. Wylot widać było jak na dłoni.
   Tak czy inaczej, ciotka Umierała była chora. Nogi wyciągnęła jeszcze przed ostatnim Dniem Szczerości i oddała biednym. Jeden biedny wziął lewą, drugi prawą nogę. Następnego dnia w "Czczym Sepianinie" ogłoszono koniec ubóstwa. A ciotkę Umierałą odwiedził sam Jego Wysokość Sentyment i wręczył jej Zbite Zwierciadło.
   - Co za wzruszenie - westchnęła Anna Maria na to wspomnienie. - Dla starej kobiety Zbite Zwierciadło. Siedem lat szczęścia.
   - Pani mówi do siebie - zwrócił jej uwagę jadący sąsiednim zaprzęgiem mężczyzna. Był to Doskonały.
   "Nudziarze" - pomyślała Anna Maria, głośno zaś dodała:
   - Pan też mówi do mnie.
   - Aha.
   Rozległ się dzwonek telefonu. Doskonały wyciągnął rękę, ale nie zdążył odebrać. Jechali tak szybko. "Ha, i co teraz, cwaniaczku?" pomyślała Anna Maria uśmiechając się do sąsiada.
   - Nic. To pomyłka.
   - Jest pan pewien? - krzyknęła, bo właśnie wjechali w Tunel ze Światłem na końcu. Głos uciekał do światła.
   - Tak. Ona zawsze się myli!
   Zaprzęgi pędziły łeb w łeb. Koty dyszały. Dysze dymiły. Dym otumaniał. Doskonałość robiła swoje.
   - Kto? - Anna Maria strzeliła z bata. Łuska poleciała w górę, fiknęła koziołka i wpadła wprost w palce Doskonałego. Skóra zaskwierczała. "Ależ on odważny" - niechcący pomyślała Anna Maria.
   - Matka.
foto: Ola WIttenberg "Gabinet luster"
wg Grochowiaka, Dziedzica i Kulpy;
na zdjęciu Kasia Chmiel
   "Matka się zawsze myli. Nigdy bym nie pomyślała. To takie oczywiste. Tak wiele wyjaśnia."
   - Co, mianowicie? - usłyszała pytanie mężczyzny. Był silny. Był głośny. Był mocny. Był dobry.
   Przeciąg ciągnący tunelem niósł ze sobą tumany popiołu. Anna Maria owinęła szyję szalem utkanym z szeptu na ubiegłoroczne Święto Dźwiękczynenia. To za niego dostała swój Złoty Guzik z Dziurką na Wylot. Kiedy nastawała cisza, można było usłyszeć błąkające się po rdzawej przędzy chichoty, wyznania, a niekiedy nawet przekleństwa. Oczywiście, wtuliwszy w niego dostatecznie zachłannie twarz i oboje uszu. Oboje, nie tylko lewe.
   - Dlaczego palą mi się naleśniki. Mianowicie.
   "Jaki on jest mądry. A jaki ładny. Te brwi. Wargi. Nos. Nos mężczyzny jest bardzo ważny. Po nosie można rozpoznać prawdziwego mężczyznę. Tak mówiła matka. Aha."
   - Po stopach. Ależ te koty są opieszałe. Hau! Hau! - pogonił kota. Jej też. - Dalej. Hau! Hau!
   "Opieszałe. Co za wspaniałe słowo. Niezwykłe. Zwykłe słowa to wiersz, wypowiadany skazańcowi przez pociągającego za dźwignię, tuż przed egzekucją. Czyli katastrofa. Hm, mądrzeję przy nim."
   - Niekoniecznie - krzyknął Doskonały i skręcił w Fałszywą Odnogę. Tyle go widzieli. Tyle, że Tyle siedzieli w jego saniach, więc było to jak najbardziej naturalne. Tyl Jasny siedział przodem, a Tyl Bardzo Jasny siedział tyłem do przodu, a tyłkiem na koźle. Kozioł nieco utyskiwał. Był uczulony na popiół.
   - To by było na tyle - westchnęła rozczarowana Anna Maria, albowiem czar prysł w tej chwili. I obejrzała się za siebie. Tył sań był pusty. - Byłoby, gdybym Tego nie zgubiła.
   Zapukała palcem w czoło.
   - Ależ proszę wejść! - z szala dobiegł głos ciotki Umierałej.
   Anna Maria wjechała w światło.

czwartek, 1 sierpnia 2013

zabiję go!

   Zabiję go! Bóg mi świadkiem, że go zabiję. Utnę mu jaja i wsadzę do pyska. Skurwiel przebrzydły. Trzepogór. Nie utnę. Urwę. Ukręcę. Gruba kurwa z wałami sadła w najmniejszym nawet zakątku jego gównowartego życia. Wsadzę mu w dupę wąż od gaśnicy i odkręcę zawór. Całą gaśnicę. Ciota. Cwel. Obetnę mu głowę i sam sobie obciągnie. Nasadzę ten jego spocony, pryszczaty ryj na jego własnego kutasa i tak go powieszę w oknie na czwartym piętrze. Żeby wszyscy widzieli. Albo na maszcie radiowym. Chłopaki mi pomogą. Wciągniemy wieprza za torbę, żywcem. Albo za fiuta. Tak go kocha.
   Ten nowy nazywał się Artur. To też była ciota. Ale jakiś normalny. Pamiętam go. Przywoził listy do naszej firmy. Raz chciał się ze mną umówić. Chyba. Bo równie dobrze mógł być cholernie samotny. Jak człowiek jest zbyt samotny, zamienia się w bestię. Albo umiera. Zatrzymali go w parku, podobno, gdy obejmował się z jakimś kolesiem. Chłopakiem. Dziewczyną. Żoną. Nie wiem. Nie lubię tego wiedzieć. Nie chcę wiedzieć, co się czuje, całując z przyjacielem. Patrząc na owłosione uda i pośladki, tam, w dole, pode mną, w których znika mój Twardy Jegomość. Jak pachnie facetowi w ustach, kiedy nasze języki międolą się nawzajem, a ślina miesza i pieni. Nie chcę tego wszystkiego wiedzieć. Może jest fajnie. Może to wszystko jedno, wystarczy zamknąć oczy. Nie wiem. Więc stoję obok i staram się mieć to w dupie. Tak, jak oni.
   No, więc Artur był taki. Inny. Tyle, że dziś to ja jestem prawie inny.
   Był, jaki był. Jego sprawa. Grzeczny, nie pchał mi łapy w krok, nie cmokał i nie uwodził. A ja tak. Uwodzę. Może był lepszy. Niż ja.
   Kiedy go przywieźli, Misiek miał dyżur. Od razu wiedziałem co będzie. Był w typie Miśka. Cichy. Miły. Czysty. Szczupły. Nagi.
   Najpierw poszli pod prysznic. Tam go ogolił. Przy okazji podał mu bombę. Artur odpuścił. Nie mógł po pół godzinie ruszyć nogą. Misiek wyprowadził go, jak kukłę. Mister mokrego prześcieradła. Po udach płynęła mu różowa woda. Trochę jęczał i bełkotał.
   - To świr! Totalny świr! - krzyczał Misiek w stronę dyżurki. - Chciał się przebić kijem od szczotki, debil! Biorę go na cichą!
   Lućka i Pawłowska nawet nie zareagowały. Telewizor. "S jak szczęście".
   - Panie Misiek, może  my go przypilnujemy - próbowałem uratować nowego.
   - Nie masz co robić? - Gruba Świnia splunął mi pod nogi. - No, to już masz.
   Popatrzyłem wkoło, może któryś mi pomoże. Wojtek skulony siedział w lewym kubicy. Skelet - wiadomo - nieobecny. Pojarka usiłował właśnie nabić skarpetę w rolkę po papierze toaletowym. Znikąd pomocy.
   - No już, zapierdalasz po szmatę i jedziesz.A jak skończysz, wpadnij do nas. Za piętnaście minut.
   Zachciało mi się udawać bohatera. Teraz już się nie wywinę, pomyślałem. Będę musiał mu trzepnąć kapucyna. Byle nie kazał mi ssać. Miałem nadzieję, że nasyci się Arturem. Skoro i tak nie mogłem mu pomóc. Skoro i tak nic nie czuł.
   To było nawet śmieszne. Taki wielki, gruby chłop, a kutasik jak kiełbaska. Pół kiełbaski. .Nawet kciuk miał grubszy. I twardszy. Nie daj boże się roześmiać. Walił w łeb wielką pięścią i sikał na głowę.
   - No, chodź, Walterek na numerek.
   Ale miał humor. Musiał nieźle sponiewierać nowego.
   Artur leżał na łóżku. Pasami miał przypięte ręce, a nogi podwiązane do góry, do wyciągu. Cuchnął moczem. Z nosa ciekła mu krew. Patrzył na mnie wielkimi oczami. Jak byk w rzeźni.
   - Widzisz, jak się awanturował? Musiałem mu włożyć... przepraszam, przyłożyć - zarechotał wieprz. - No, masz, na co czekasz. Czekaj, delikatnie. Na stojąco. Pośliń. Jeszcze. Wolno, mamy czas. O, tak.
   Jak mi bóg świadkiem, kiedyś urwę mu ten wyrostek i rzucę świniom. Albo odgryzę i wypluję do kratki ściekowej.
   - Myślisz, że po co bóg dał ci przeciwstawny kciuk, hę?
   Przyspieszyłem. Zamknąłem oczy. Misiek sapał nade mną. Śmierdział, jak zjełczałe masło. Kiedy kilka gorących kropli spadło mi na czoło i powieki, puścił bąka.
   - Wiesz, Egon, jesteś najlepszy. Masz talent. W nagrodę zdradzę ci tajemnicę.
   Spierdalaj, pomyślałem. Mam gdzieś twoje nagrody. Wytarłem twarz w koc Artura. Misiek stanął w drzwiach, pokazując mi, bym wyszedł. Kiedy go mijałem, rzucił:
   - Jesteś lepszy nawet, niż ta twoja lala.
   A potem kopnął mnie w dupę, aż poleciałem głową w ścianę.
   - Ciało Chrystusa! Amen! - usłyszałem jeszcze krzyk Tourette'a. Nowa maksyma. - Ciało Chrystusa!
   Misiek ze śmiechem przekręcił klucz i powlókł się do dyżurki.
   Podniosłem się i zastukałem w drzwi Cichej Sali. Cisza.
   - Ty, nowy, żyjesz? - w głowie mi huczało. - Artur!
   Nic.
   - Ciało Chrystusa! Amen! Amen! - minął mnie Tourette.
   Dwa dni później nowy nie żył.
   Kiedyś go zabiję.

furia

   - To kretynka, ona jest nieobliczalna. Jedenaście słońc! Co za idiotyzm - w czarnych włosach Melancholii hulał wicher i błysnęło kilka srebrnych nitek. Mimo bliskości Korektora dreszcze rozbiegły się we wszystkie strony w popłochu. Korektor zaś przez chwilę nie mógł złapać oddechu.
   - Czy chcesz ją ukarać, Pani?
   - Czy chcę? Nie, "chcę" to nie jest dobre słowo. Najważniejsze, żeby bolało. Jakby z księżycami było mało zachodu.
   - Mam myśl. Co byś powiedziała, Pani, gdyby zmienić nieco scenerię Dnia Szczerości i zamiast w nawie Nagłej Ciemni zadać pytanie publicznie?

Burza ucichła. W czarnych włosach zaśpiewał szpak. Czereśnie, które Korektor wziął z ręki Melancholii, niemal eksplodowały, tak były dojrzałe.
   Jedenaście słońc co prawda świeciło, ale jednak dość blado.

wtorek, 30 lipca 2013

łoże

   Anna Maria leżała w Łożu. Łoże, jak zawsze, starało się otoczyć ją jak najlepszą opieką i sprowadzić na nią zdrowy, ożywczy sen. Nie zawsze mu się to udawało. Czasem mimo największej troski i zaangażowania Łoże odnosiło porażkę.
   Dziś też nie było mu łatwo. Anna Maria poczuła lekki ból w garbie. Obróciła się jeszcze bardziej w prawo, podwinęła prawe kolano niemalże pod brodę, lewy łokieć wsunęła pod głowę. Lubiła tak leżeć z lewą nogą wyprostowaną i luźno opadającą prawą ręką. Łoże starało się koić ją, jak potrafiło najlepiej, ale dziś jego wysiłek nie był w stanie zwyciężyć z niespokojnymi myślami Anny Marii. "Czujność śpi, trochę mdli, jak szarlotka z rana" - co to za słowa? Skąd się wzięły? "To jest walc na sto pa...", "Jesteśmy na wczasach..." Oprócz ukłucia w garbie Anna Maria czuła lekki ucisk wokół żeber, jakby ktoś powoli, nie za mocno, zaciskał na nich obręcz. Ten wiersz... Wypłynął z mętliku słów wędrujących przez zmęczoną głowę:

Koc miękki skrył zmęczone ciało,
Przywołać chcę te chwile.
Kto z tej potyczki wyszedł cało?
Kto przegrał pojedynek?

Wszystko powraca znów i znów,
I stoi w gardle ością.
Czy to, dla czego brak mi słów
Było jednak miłością?

Kto był myśliwym, a kto łupem?
Czort wszystko powywracał.
Kot mruczał dobrze wiedząc, że
za dużo już zobaczył.

W tym pojedynku samowolnym
Kto piłkę w rękach miał?
I czyje serce: twoje, moje?
Na oślep gnało tak?

I co to w końcu było, co?
Za czym tak bardzo tęsknię?
Już sama nie wiem: zwyciężyłam?
Czyś to ty mnie zwyciężył?

   Anna Maria skupiła się na nim, pozwoliła, by pulsował w jej głowie. Zdawała sobie sprawę z jego niedoskonałości. Cóż, przekład powstał pod wpływem chwili. Oryginał napisała kobieta dla kobiety, dla swojej kochanki, też poetki. Tłumaczenie wyszło jej damsko-męskie. Trzeba by się nad tym pochylić. Ale nie miała na razie lepszego pomysłu. Zaczeka, może rozwiązanie przyjdzie samo. A może kiedyś zechce nad nim porządnie popracować. Nie teraz. Teraz pozwoliła mu po prostu żyć. Unieść się jego rytmowi. Złączyła kolana i wcisnęła je mocniej w materac. Łoże zakwitło. Jedenaście słońc drgnęło.

poniedziałek, 29 lipca 2013

drzwi

   Fragmenty dziennika prowadzonego przez klientkę o numerze kartoteki SP-909. Dziennik ten, w postaci grubego brulionu, zszytego ręcznie z papieru toaletowego, oprawionego w sztywne okładki z cienkich deseczek, odnaleziono w jednej z szuflad dr Mortem Posta, kilka dni po jego zniknięciu. Ponieważ na froncie widnieje cyfra 3, można przyjąć, że jest to trzecia część owego intrygującego dla nauki dzieła. Niestety, jak na razie los pozostałych części jest nieznany. Być może w ogóle nie istnieją.

  "(...)
   wtorek, rano
   O tym, że uwielbiam śpiewać, nie powiem nikomu. Nawet Walterowi. On jeden pewnie by mnie zrozumiał, ale nie. Niech to będzie moja tajemnica. Coś tylko i wyłącznie mojego. Mój tajemniczy most, łączący mnie z mamą. Wiem, że chciała mieć chłopca. Wiem, że żałuje tego, że zostawiła mnie z ojcem tatusiem. Kiedy śpiewam, nic innego się nie liczy. Wystarczy kilka dźwięków, kilka oddechów i rezonans w głowie, a staję się jednością z powietrzem i światłem.
   Kochany Walter. Nazwał mnie Barbie Turan. Niech mu będzie. To chyba dla przekory, bo dobrze wie, że nie łykam żadnych proszków. To cud, że mi się udaje. Nikt się nie zorientował. Choć nie, może tylko ten sanitariusz Mras coś podejrzewa. Wczoraj spojrzał na mnie przy kolacji, uśmiechnął się i spytał:
   - A umiałabyś wybłagać, żeby ktoś ożył? No wiesz, u tych swoich świętych?
   A potem rozejrzał się, jakby sprawdzał, czy nikt go nie widzi, zasłonił plecami kamerę i wysypał mi na dłoń trochę tabletek. Te żółte i zielone. Akurat bardzo mi potrzebne.
   - Na różaniec - szepnął i puścił oko.
   Udałam, że nie rozumiem, ale gdy się odwrócił szybko wsypałam kuleczki do kieszeni. Tylko, że co ja mu poradzę. Słyszałam, że umarła mu córeczka. Dość dawno. Może, gdyby udało mu się dostać do Sepii... Ale tu? No, co ja mu poradzę?(...)

czwartek, po obiedzie
   Powiedziałam. Powiedziałam Walterowi o śpiewaniu. A on przyniósł organki i zagrał mi kilka melodii. A ja śpiewałam. To było cudowne. On mnie rozumie. On też uwielbia muzykę. Mówi, że przez cały czas w jego głowie brzmi jakaś melodia, jakieś piosenki, powtarza jakieś słowa. Tak jak ja. To dobrze, bo już myślałam, że jestem wariatką, ha, ha.

sobota (chyba), wieczór
   Doktor Mortem Post wyjechał, i mamy spokój. Misiek zajmuje się jakimś nowym pacjentem i nie wychodzi z cichej sali. Tak zupełnie przypadkiem, bo nie wiem jak się tam znalazłam, poszłam do końca Alei Pomyj. Nawet nie wiem kiedy, minęłam zagrodę ze świniami. Stanęłam pod rurą, z której cieknie brudna kuchenna woda. Po raz pierwszy dostrzegłam w ścianie drzwi. Zupełnie, jakby ich wcześniej nie było. Małe, metalowe drzwi. Zardzewiałe i pokryte tłustymi plamami. Sięgały mi do brody, a jestem przecież niziutka. Zamiast klamki miały niewielką gałkę, poniżej której widniała czarna dziura kształtem przypominająca trójkę. Wiało z niej chłodem.
   Zza drzwi dochodziło buczenie. Poczułam się nieswojo. Pomyślałam, że to jakaś maszyna, może pompa albo silnik. Oparłam dłoń o drzwi. Były ciepłe, a plamy rdzy rysowały mi palce. Przysunęłam się bliżej, pochyliłam i przytuliłam ucho do drżącej delikatnie blachy.
   Śmierdziało. Duszący zapach czułam nawet na języku. Miałam wrażenie, że wnika do mojej głowy i miesza się tam z niepokojącym buczeniem. Chciałam odejść, bo robiło mi się niedobrze, a usta wypełniała gęsta ślina, której nie miałam zamiaru połykać. Splunęłam. Nie mogłam oderwać się od drzwi. Coś kazało mi złapać za gałkę, wpatrywać się w dziurkę od klucza, nasłuchiwać. "Powinnam odejść - pomyślałam - ale chcę tam zajrzeć. Nie, nie chcę, to nieprawda. Prawda. Muszę sprawdzić, co tam jest."
   Łup! Coś z tamtej strony walnęło w drzwi. Uderzenie był tak energiczne, że odskoczyłam od blachy i klapnęłam w tłustej kałuży. Zerwałam się, opierając dłonie w cuchnącej mazi. Dzwoniło mi w uchu. Pobiegłam do kuchni. Była zamknięta. Ślizgając się w brudnych laczkach, bez oglądania za siebie, uciekłam do budynku. Pierwszy raz poczułam się tu jak w domu.

sobota, 27 lipca 2013

Ciemny Strona

   Ciemny Strona otrzymał kolejne zlecenie od Korektora. Niespecjalnie dobrze płatne. Korektor skrzętnie liczył każdy złoty guzik (w międzynarodowym standardzie występujący jako ZGS*, Złoty Guzik Sepii). Ale Ciemny Strona nie robił tego dla zysku. Zlecenia sprawiały mu najczystszą przyjemność.
   - Księżniczko, jaka jesteś ładna - wymamrotał, przysiadając się do Anny Marii. Anna Maria po nieprzespanej nocy postanowiła zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Znalazła najciemniejszy kąt w Ogrodach Pomiędzy. Skryty w wilgotnym cieniu, chłodny i ustronny. Nawet tu rosły szybkie kwiaty knyszy i kebabu. Jedne jadowite, drugie natrętne. Czepiały się kostek i podeszew butów. Ciemny Strona wiedział, jak sobie z nimi radzić.
   - A knysz! A knysz! - krzyknął, tupiąc i rozgniatając pełznące do nich frytki.
   Ławka nie miała oparcia. Anna Maria też.
  Że też musiał się przyplątać ten typ. Zapach Kropli Szaleństwa czuć było z dala. Kaprawe oczy, popękane naczynka, czerwony nochal (Ciemny Strona ciężko napracował się nad charakteryzacją i był z niej bardzo dumny. Nawet strupki ropy w wewnętrznym kąciku lewego oka wyglądały realistycznie).
   - Księżniczko, ja Cię będę malować.
   - Słucham?
   - Masz taką nietypową urodę, taka jesteś ładna. No, chcę Cię namalować.
   Tak, nietypową, pewnie. Jak mało kto. Garb ją wyróżniał, to fakt. Anna Maria rzadko zastanawiała się nad swoją urodą. Strój dobierała tak, by jak najwięcej zakrywał. Żadnych dekoltów, rozcięć, biżuterii. O lakierze do paznokci i ciepłym wosku nawet nie słyszała. Ale trzeba przyznać, że drab nacisnął właściwy klawisz. Coś w Annie Marii drgnęło. Zawahała się.
   - Jestem malarzem.
   Nie wyglądał. Bynajmniej. Zwykły żul. W dodatku pijany. "Lecz skąd te biele?" - zadziorna myśl przyczajona w bezpiecznym zakamarku tylko czekała na tę chwilę.
   - Księżniczko, masz ładny strój i krój, ładną figurę. Ja namalowałem tysiąc siedemset obrazów. Wiszą w Świątyni, w Przytułku, w Radzie. Idź zobaczyć. Mój przyjaciel, Malarz Dziewic, umarł. Tyle razem wypiliśmy. Daj mi chociaż zdjęcie, no chociaż ksero zdjęcia. Portret będzie gotowy na jutro. Zobaczysz.
    O Malarzu Dziewic słyszała już dawno. Kiedyś chciał podobno malować Jej Wyniosłość, ale musiała odmówić z powodu... Po prostu - musiała odmówić.
   Kto go tam wie, z kim pił? Może ten łachmaniarz nie kłamał?
   - Daj spokój, tyle masz ładnych dziewczyn do malowania. Młodszych i ładniejszych - Anna Maria nie bez wahania przeszła na "ty", bo żul był dużo starszy no i jednak może był malarzem. Ale pijanym i sam się zasadami dobrego wychowania nie przejmował. Zatem jednak na "ty".
   - Ale ty jesteś inna. O to chodzi.
   - Daj mi się zastanowić... Jeden dzień.
   - A co tu się zastanawiać?
   - Jeden dzień. Często tu jesteś?
   - Zawsze.
   - No. Dobra. Jak będę chciała, to cię znajdę.
   - Wiesz, Księżniczko, że dobra to jest zupa z bobra?
   - Na razie. Miłego dnia.
   Rozsądek Anny Marii odtrąbił fanfary. Oczywiście. Z pijakami się nie będzie zadawać. Namalować, też coś... Od razu, pozować, no pewnie, jeszcze czego. Ale gdzieś w głębi duszy otworzyły się malutkie drzwiczki. "Jesteś ładna, jesteś ładna, jesteś ładna..." Anna Maria dotknęła swoich włosów.
   Ciemny Strona był niepocieszony. Myślał, że łatwiej mu pójdzie. Nie miał jednak zamiaru się poddawać.
     * ZGS - w Sepii wartość rzeczy zmienia się zależnie od kilku czynników. Wielki Korektor w swoim dziele "Analiza wartości - wartość analizy. Droga do głębokiego szczęścia" nuci (atrament z Łez Kruków) o: a)Łechtaniu Pragnień, b)Niejasnym Ssaniu, c)Jasnym Ssaniu, d)Potrzebie Potrzeb i wreszcie e)Rzucie Kulką. Złote Guziki Sepii poza tym, mają trzy, pięć lub siedem dziurek, z których tylko jedna prowadzi do Celu. Nieprzespane noce zaniżają kurs ZGS. Podobnie jak brak poczucia własnej wartości, tudzież analizy.

piątek, 26 lipca 2013

kwestia zmysłów

   Mężczyzna w srebrnym garniturze wzniósł  kielich. Promień słońca błysnął na kryształkach cukru, oblepiających krawędź pucharu. Plasterek cytryny ze skórą, zmrożony i oszroniony, plusnął z sykiem w krwistą kipiel. Kilka kropli wystrzeliło w górę i opadało właśnie na srebrne nogawki. Mężczyzna zmarszczył brwi. Czas zwolnił znacznie. Doktor Mortem Post na chwilę zamarł. Zanim przełknął i zmrużył powieki, kielich w dłoniach mężczyzny zatoczył łuk i kropelki bezpiecznie trafiły do wnętrza. Czas ruszył.
   - Co to było? Jakbym na chwilę przysnął - spytał lekarz.
   Mężczyzna uśmiechnął się, rozcierając na podniebieniu łyk wyśmienitego trunku.
   - Pyszne - odparł. - Niby nic takiego, złuda, kwestia zmysłów, a nie rzeczywistości, a jednak sprawia tyle radości.
   Mortem Post poprawił krawat. Robiło się duszno. Burzowo.
   - Wszystko jest kwestią zmysłów. Wszystko jest złudą. Wrażeniem.
   O blat starego dębowego biurka plasnęła gruba koperta.
   - Zatem pora przejść do konkretów. Mam nadzieję, że pańskie badania idą z postępem. Niechże po raz kolejny wolno mi będzie przyczynić się do sukcesów współczesnej psychiatrii. "Jedyne, czego możemy sobie życzyć, to święty spokój, by móc swobodnie rozwijać dziedziny naszego działania i nieść pomoc chorym i ich rodzinom." Ładnie pan to ujął.
   - Oglądał pan?
   - I słuchałem pana uważnie. Na jak długo to wystarczy? Muszę wyjechać.
   Mortem Post rozchylił kopertę. Nie liczył, jedynie przejechał palcem po pliku banknotów.
   - Na długo?
   - Siedem miesięcy - odparł mężczyzna.
   Mortem Post pochylił głowę i oparł na złożonych kciukach.
   - Na pół roku.
   Mężczyzna westchnął.
   - Hardy pan jest.
   - Wszystko to kwestia zmysłów. Złuda.
   - Taaak. Ale reszta po powrocie. Jak zobaczę efekty terapii - zachichotał mężczyzna. - Moja córka zasługuje na najwyższe starania i wysiłki.
   Doktor Mortem Post zsunął kopertę do głębokiej szuflady. Zasunął ją ze zgrzytem i zamknął na klucz. Żelastwo zniknęło w kieszeni fartucha.
   - Mam pewien pomysł.
   - Ma pan moje poparcie - mężczyzna wstał i wygładził marynarkę. Ruszył do drzwi. Z ręką na mosiężnej klamce odwrócił się i stuknął palcem w czoło. - Byłbym zapomniał. Jakiś Waldek czy Władek zawrócił jej w głowie. Podobno przechodzi przez ściany, czy coś. Może pan zapewnić jej spokój?
   Mortem Post uśmiechnął się do swoich myśli. Niczego bardziej nie pragnął, jak zapewniać spokój. Całemu światu.
   - Oczywiście.
   Czas biegł normalnym rytmem. Drzwi trzasnęły wtedy, kiedy trzeba. Mężczyzna wyszedł, a plasterek cytryny syknął po raz ostatni, nasiąkając czerownym winem.

czwartek, 25 lipca 2013

Jej Wyniosłość Melancholia

   Tego akurat wieczoru Pałac Ich Rozkoszności skierował wszystkie swoje sto jedenaście okien w stronę bladego nieba. Tej akurat nocy wszystkie sto jedenaście księżyców miało znaleźć się na firmamencie jednocześnie, obok siebie, tworząc niepowtarzalne widowisko, wnoszące w życie i nieżycie mieszkańców Sepii dużo frajdy. To był dobry znak. Wszyscy wychodzili na balkony, tarasy, stawali w oknach, zerkali w Oka Ważek, żywe lunety wynalezione i wykonane na dziewięćdziesiąte dziewiąte urodziny Jej Wyniosłości Melacholii przez Wielkiego Korektora. Stary lizus. Wszyscy w Sepii dostrzegali jego zapędy względem Jej Wyniosłości, jego lekceważący stosunek do osoby Jego Wysokości Sentymentu, jego drwiące uśmiechy i półgębkiem rzucane komentarze. Wszyscy, oprócz samego Jego Wysokości. Nieszczęsny władca, zaślepiony i zniewolony przez swoje marzenia. Oddałby i oddał wszystko, by marzyć. A był w tym naprawdę dobry. Nikomu nie realizowały się marzenia tak szybko, jak Jemu. Miał prawdziwy Talent. I tak naprawdę, to właśnie chroniło go przed zakusami Korektora.
   Trzeba przyznać, że Wielki Korektor odwalał kawał ciężkiej roboty. Gdyby nie jego codzienne, mozolne wyliczenia i sugestie, sto jedenaście księżyców Sepii już dawno spadłoby na głowy mieszkańcom. A przecież za rok będzie ich sto dwanaście. Za dwa lata... Strach pomyśleć.
foto: Łukasz Gliszczyński argoth.pl
   - Wielki Korektorze, czy myślisz, że to mądrze, tak stwarzać księżyce bez końca? - Jej Wyniosłość Melancholia oparła kształtną brodę z ciemnym zarostem, golonym w maleńkie błyskawice, na ramieniu mężczyzny. Korektor drgnął. Dreszcz przebiegł po jego ciele, zeskoczył na czerwoną podłogę ułożoną z Kafli Samobójców i pognał, piszcząc cieniutko w stronę kominka. Po chwili misternie układane przez Jego Wyskość Sentyment polana osunęły się w popiół. Chmura pyłu buchnęła w stronę komnaty. Korektor zmarszczył brwi i popiół zawrócił do komina.
   - Księżyce nie są celem, Pani.
   - Mianowicie?
   - Celu nie zna nikt. Czynię jedynie zbędne rzeczy, aż uczynię wszystkie, Wówczas zostanie jedynie cel.
   - I go poznamy - dodała Jej Wyniosłość, chuchając w ucho mężczyzny. Kolejny dreszcz, tym razem gorący, wręcz rozpalony, runął po szacie Korektora, a kiedy dopadł polan, zaskwierczało, zaiskrzyło i ogień błysnął wśród drew.
   - Właśnie.
   - Szkoda, że z moim mężem nie można porozmawiać o takich smutnych sprawach.
   - Jest przeciwieństwem Ciebie, Pani. Twej wzniosłej i smutnej mądrości, Twego przeogromnego, pełnego zrozumiena i zadumy smutku.
   - Ma dobre wspomnienia. Dzięki nim Lud jest szczęśliwy i go kocha.
   - Niewątpliwie.
   - Jednak?
   - Nigdy nie wątpi, Pani. Nie trapi się. Nie waha. Nawet jego koszmary są pełne śmiesznych zdarzeń.
   Jej Wyniosłość Malancholia zaśmiała się nieznacznie, zaraz jednak położyła sobie dłoń na ustach. Korektorowi też. Dreszcz sprawił, że włosy na głowie mężczyzny uniosły się o cal, po czym zeskoczył z opuszków jego palców. Czerwona płyta u stóp Jej Wyniosłości pękła z trzaskiem.
   - Pamiętam - westchnęła. - Co to było, gdy wymarzył Prawy Profil? Spotkał potem swojego dawnego nauczyciela wuefu, tego opoja wytatuowanego w gołe baby i kotwice. Bał się go przez kilka lat szkoły. A tu bydlak pośliznął się tuż przed moim Sentymentem i skręcił kark. Wyjątkowe.
   - Taaak...
   Korektor czuł zapach skóry Jej Wyniosłości. Kręciło mu się w głowie. Nie będzie lepszej chwili.
   - Pani, wybacz, że poruszam ten temat, ale pragnę poznać Twoje zdanie, zanim podejmę stosowne kroki.
   Jej Wyniosłość Melancholia odwróciła się w stronę kominka. Ogień strzelał wesoło. Zbyt wesoło. Zgasł.
   - Chodzi ci o tę garbatą?
   - Tak, Pani. Powiedz tylko słowo, a jej koszmary ją przerosną.
   Jej Wyniosłość patrzyła w dymiące polana. Tak lepiej.
   - Sprawa nie cichnie. Masz rację. Ale on ją kocha.
   - Zatem?
   Jej Wyniosłość podeszła do okna. Uchyliła skrzydło i z perłowego parapetu zgarnęła nieco brązowego popiołu. Ulepiła z niego kulkę, a potem laleczkę. Lalka miała na plecach wypukłość.
   - Poczekajmy do Dnia Szczerości. Poświęcę swoje pytanie.
   Pstryknęła paznokciem w wypukłość.
   Wielki Korektor skłonił głowę.
   - Jak sobie życzysz, Pani.

   * * *

   Anna Maria poczuła nagły ból w okolicy garba.

   * * *

   Barbie Turan jęknęła przez sen. Pogładziłem delikatnie ścianę za głową.
   - Śpij, kochana, śpij.

wtorek, 23 lipca 2013

ŁAWKA ZAKOHANYCH

   - Może siądziesz w cieniu?
   Ławka stoi w słońcu. Jest rano, ale słońce wisi wysoko i praży. Bolą mnie blizny na skroniach. Mam tam wygolone, przypalone placki skóry, powoli zachodzące strupem.
   - Za chwilę, dobrze? - odpowiada Barbie Turan. - Tak rzadko mam okazję nacieszyć się słońcem.
   Jest piękna. Kiedy się uśmiecha, ja też się uśmiecham. Nie sposób się powstrzymać. Usta niczym złożony liść, żywy i soczysty. Tyle razy gładziłem je opuszkiem. Nigdy.
   Lekko zadarty nos. Czubek nosa. Koniuszek. I smutne oczy. W promiennej twarzy smutne oczy. Nie wie o tym, ale kiedy się zamyśla, jej oczy przepełnia smutek. Nie mówię jej tego. Uwielbia być najszczęśliwszą kobietą na świecie. I będzie. A może jest? Tylko skąd ten smutek?
   - Nie siądziesz?
   Oczywiście, tylko że... Zaciskam zęby i przysiadam ostrożnie na wyślizganych deskach. Kiedy się podpieram, palcami natrafiam na żłobienia. Zerkam. "ŁAWKA ZAKOHANYCH". Syczę.
   - Coś cię boli?
   - Nie, nic takiego.
   Boli, oj boli! Kiedy Post zafundował mi elektrowstrząsy, tak mnie ścięło, że filiżanka ukryta między pośladkami trzasnęła na kilka kawałków. Gdyby nie Monsieur Tourette i Pojarka, który szukał mi w gaciach fajek, pociąłbym sobie tyłek również w poprzek. Skończyło się na kilku dziurach w pośladkach i zakrwawionym prześcieradle, które na drugi dzień podmienił ze swoim Wojtek, bo by mi jeszcze Misiek spuścił manto. Szkoda filiżanki.
   - Wiesz, Walter, ojciec powiedział, że niedługo wyjdę. Rozmawiał z doktorem Postem. Podobno ma dla mnie jakieś nowe leki, po których na pewno będę mogła iść do domu.
   Udaję, że jest mi smutno. Że wierzę. A przecież wiem, jak się skończy. Ojca Barbie nie będzie przez kilka najbliższych miesięcy, Post zainkasuje kupę szmalu na swoje badania, a Barbie Turan wykona kilka pięknych naszyjników z nowych pastylek.
   Gdzieś z góry dobiega delikatne gruchanie. Na lampie siedzi ptak.
   - Kiedy byłam mała, lubiłam przebywać z mężczyznami. Później, kiedy podrosałam, też. Najlepiej czuję się w towarzystwie mężczyzn. Nie wiesz, co to oznacza?
   Gołąb. Przekrzywia łebek i grucha.
   - Może dlatego, że z wami zawsze można się pośmiać i powygłupiać.
   Tasuje obrazki. Święte i święci. To dzięki nim jest zdrowa. Tak uważa. Niekiedy myślę, że ma rację. Jest mądra, jak królowa. Jak matka.
   - Może - mówię i zerkam na jej dłonie. Ma piękne dłonie, o smukłych palcach, delikatnych opuszkach i zadbanych paznokciach. Ale nie teraz. Nie teraz, po powrocie z domu. Kiedy wraca z przepustki, po kilku dniach pobytu u ojca, paznokcie ma obgryzione do krwi. Ale jakby w ogóle tego nie dostrzegała. Nie ukrywa dłoni, nie żżyma się, kiedy nie może rozdzielić sklejonych obrazków. Boję się spytać.
   Czuję lekkie drapanie w ławkę. To gołąb. Siedzi obok mnie i drapie pazurkami starą farbę. Tuż obok wyciętej daty "lipiec1954-maj2009". ? Barbie mruży oczy i z lekkim uśmiechem, jak śniąca kotka, wystawia twarz do słońca.
   Gołąb unosi skrzydło i na łąwkę spływa koperta. Chwytam ją i wącham. Pachnie słodkawo i niepokojąco. Czyżby to był gołębi zapach? Kiedy z lekkim trzaskiem odklejam kopertę, gołąb zrywa się i odlatuje. Na twarz Barbie sfruwa lekko puszyste piórko. W ostatniej chwili ujmuję je w palce i wącham. To nie ten zapach.
   Wyjmuję z koperty kartkę paieru. Serce bije mi mocno. Ogarnia mnie niepokój. Zerkam na Barbie. Śni.
   Na kartce, pachnącej słodko, widnieje rząd wersów. To wiersz. Zanim go zaczynam czytać, coś każe mi przyłożyć ucho do kartki. Słyszę nagle, jakby w głębi siebie, w głowie, muzykę. Znam ją. To jest melodia dzwonka, który rozlegał się u drzwi w domu mojej babci. I słodki zapach.

"Budzić się co dnia o świcie
Radość czując w każdym mięśniu,
Patrzeć przez kajuty okno
Na zielonej fali grzbiet,

Albo na pokładzie w deszczu
Skryć się w miękkich fałdach futra,
Wsłuchać się w rytm maszynowni
I nie myśleć. Nic a nic.

Lecz w przeczuciu powitania
Tego, co się stał mą gwiazdą,
Młodnieć bardziej z każdą chwilą
W słonym bryzgu morskich fal."*



   - Co tam czytasz, Egon?
   Chowam kartkę za siebie, ale za późno. Misiek stoi nade mną i wyciąga do mnie tłustą łapę.
  - Nic takiego, panie Misiek.
   Barbie drży. Przykłada dłoń do czoła, bo Misiek stoi pod słońce.
   - My nic nie robimy - mówi przestraszona.
   - To się jeszcze okaże. Kartka, Egon. Dawaj to.
   Zrezygnowany podaję mu list. Patrzy. Patrzy. Patrzy.
   - Co to, kurwa, ma być? Jakieś gówno!
   Zgniata ją i bierze zamach, by cisnąć tą kulką we mnie. Ale w momencie, gdy unosi rękę, jego oko rozpala nagły błysk. Zbliża papier do ucha. Po twarzy rozlewa mu się błogi uśmiech. Wciąga powietrze, wtula krościaty nos w list i odwraca się do nas plecami.
   - A siedźcie tu sobie, gołąbki. Tylko grzecznie.
   Patrzę na jego zwaliste pośladki i potężne uda. Stąpa, jakby miał z pięćdziesiąt kilo mniej.
   Barbie trzyma mnie za dłoń. Paznokcie powoli jej się goją.

*wiersz Anny Achmatowej w przekładzie Katarzyny Chmiel


wtorek, 16 lipca 2013

rusyjskie wiersze

   Anna Maria pochyliła się nad kałamarzem. Uwielbiała niepokojący zapach atramentu z łez kruków. Gęste krople, z pozoru czarne i zimne, na kartach dziennika zamieniały się w mieniące się ścieżki i zawijasy. W dodatku dzwoniły delikatnie, trzeba było tylko w ciszy nocy przyłożyć ucho do słów i rysunków. Nie była to żadna konkretna melodia, a jednak ilekroć Anna Maria sięgała spod poduszki dziennik i tuliła go do policzka, zdawała się rozpoznawać to kołysankę z dzieciństwa, to poranny zaśpiew słowika, albo melodię pozytywki zamkniętej w żółtej karuzeli z różowymi konikami. Dlatego zawsze, kiedy w środku nocy otwierała oczy, przebudzona ostatnim promieniem księżycowego światła ześlizgującym się po bambusowej żaluzji, sięgała po dziennik. Słuchała przez chwilę, a potem, pokonując ból w plecach poniżej garba, przekręcała się na drugi bok i zasypiała ponownie, uspokojona, z błogim uśmiechem na ustach.
   Teraz zatem wciągnęła głęboko słodkawy aromat, aż przebiegł ją znajomy, euforyczny dreszcz, od brzucha do palców stóp i po czubki włosów, i zanurzyła w kałamarzu pióro. Pióro podarował jej Wagina. Przeznaczył na to najdłższą, fioletową lotkę z lewego skrzydła. Anna Maria doceniła ten gest i obiecała w rewanżu utkać na szydełku podwójne kapturki dla dwugłowej dziatwy gołębiej pary.
   Na skośnie przyciętej dudce lśniła kropla. Anna Maria westchnęła i oparła pióro o kartę dziennika. Niedawno odkryła jeszcze jedną właściwość ptasich darów. Pióro Waginy nasączone atramentem z kruczych łez żyło własnym życiem. Pozwalało jej pisać niespotykanie lekkie wiersze, a kilka dni temu, gdy w Antykwariacie zakupiła tomik rusyjskiej poezji i zaczęła go czytać, nagle, nie wiedzieć skąd, pochwyciła myśl, ślad pomysłu, okruch zapału - przetłumaczyć te wiersze. Tego samego dnia zasiadła do pisania, gdy tylko Lewy Profil zniknął za czuprynami baobabów. Świeca skwierczała podekscytowana. Zegar na wieży Pałacu Ich Rozkoszności wybijał godzinę za godziną, aż wszystkie godziny tej nocy zostały wybite. Kiedy Anna Maria skończyła, a raczej kiedy w kałamarzu wyczerpały się łzy, na kartach dziennika błyszczało i dzwoniło kilkanaście przetłumaczonych wierszy. To było coś wielkiego. Anna Maria była dumna.
   Przeczyta je jutro. Kiedy się wyśpi.

poniedziałek, 15 lipca 2013

112

   A więc upomniałaś się o mnie.
   Sto dwanaście. Dokładnie tyle dni mnie nie było.
 Teraz leżę w cichej sali i czekam na decyzję doktora Mortem Posta. Znowu będzie mnie straszył i szprycował tymi swoimi wynalazkami. Ma nadzieję, że dzięki mnie odkryje tajemnicę wiecznej młodości, przenoszenia w czasie, podróżowania pomędzy światami. Nie mówi tego głośno. Wobec personelu i innych pacjentów kpi ze mnie i szydzi z moich opowieści. Ale kiedy zostaję z nim sam na sam, zanim jeszcze zapadnę w otchłań nieświadomości i zaplutego snu, nachyla się do mnie i ciepłym szeptem, niby ojciec, ponagla:
   - No, Walter, śmiało. Wiesz, że ci wierzę, tylko nie mogę nikomu o tym powiedzieć. Pomogę ci. Na stałe tam zostaniesz, jeśli będziemy pracować razem. Mogę sprawić, że ślad i pamięć po tobie w tym świecie zniknie, zanim ubędzie ci jedna zmarszczka tam, w Sepii. Sepia, dobrze mówię? Ja też nie chcę umierać, wiesz? Niech to będzie nasza tajemnica, dobrze? Nikt cię nie będzie szukał i sprowadzał z powrotem.
   Śmieję się, bo jestem tak naćpany, że widzę, jak jego twarz zamienia się w wielką mewę i odlatuje. A każde jego słowo zamienia się w biały placek guana.
   - Śmiej się, Walter, śmiej. Śmiech to zdrowie. A ty będziesz potrzebował dużo zdrowia. No, jak, Walter? Jak przechodzisz, powiedz? Gdzie? Co wtedy robisz, o czym myślisz?
   Już nawet chcę wybełkotać, że to Barbie, ona mi pomaga, ona mnie nauczyła wszystkiego, ale do sali wpada Misiek. Zamiast oczu ma dwa pełne gówna baseny, więc krztuszę się śliną i muszą wyciągać mi język na brodę.
   - Oj, panie Egon, znowu musimy się trochę popieścić - rzuca teraz Post, ocierając wierzchem dłoni kąciki ust.
   - No, jedziemy, dupku!
   Misiek jest bardziej bezpośredni. Goli mi jeszcze skronie, zacinając zaledwie w trzech miejscach i ruszamy. Jarzeniówki przelatują nad głową niczym sto dwanaście dni. Będzie elektryzująco.
   A więc upomniałaś się o mnie.
   Nie wiem, gdzie byłem. To znaczy, domyślam się, ale tym razem nie pamiętam niczego z tamtej strony. Bo mam nadzieję, że byłem w Sepii. Jak zawsze do tej pory. Poza tym mam pewien dowód. Filiżanka. Biała filiżanka z obrzeżem w kolorze miedzi. Ulepiona z popiołu. Ze wspomnień. Skąd się wzięła? Ukradłem? Została mi podarowana? Po raz pierwszy przemyciłem stamtąd jakiś przedmiot. Mam ją ukrytą między pośladkami, przez cały czas. Nie pozwolę jej zabrać nikomu. Mam poczucie, że będzie bardzo ważna w moim życiu. 
   Filiżanka z popiołów wspomnień.