czwartek, 26 września 2013

Johnny Biling

   Johnny Biling stanął u wlotu ulicy. Albo u wylotu, zależy z której strony patrzeć. Inaczej, niż z coltem, który zawadiacko sterczał z pochwy przy jego udzie. W przypadku colta zdecydowanie lepiej było być z właściwej strony.
   Dziwnie się czuł z pochwą. Nie miał nic do kobiet, tym bardziej do mężczyzn, ale pochwa? W dodatku przy udzie. Cholernie niewygodnie. Jak już skasuje za to zlecenie, zrobi sobie plastykę.
   U wylotu ulicy, albo u wlotu, zależy, czy patrzeć z jego strony, czy ze strony Tego Drugiego, stał Ten Drugi właśnie. Ten Drugi był szybki. Może najszybszy w całej Kalafonii. Listy gończe nie mogły go dogonić. Gnały jak oszalałe po Kalafonii, ba nawet zapędziły się do Winnicji, skąd z wielkim hukiem odesłała je ciotka Umierała, a i tak Ten Drugi był zawsze o krok przed nimi. W dodatku piekielnie szybko wyciągał swojego colta z pochwy. Był niesamowity. Nosił czarny, skórzany płaszcz podszyty strachem, czerwone szorty i biały podkoszulek na ramiączkach, jeszcze z przedszkola. Kobiety za nim szalały. Bały się, żeby tego nie zauważył, więc szalały za nim. Kiedy tylko się odwracał, stały jak dziewusie do komunii. Napalone na prezent i gównowiedzące. Do kobiet też nic nie miał. Za to miał do Johnny Bilinga. Że go ścigał. Że chciał mu wpakować kulę w brzuch. Niechby go zastrzelił, ale kulę w brzuch? A może od razu wózek inwalidzki?
   Johnny Biling zrobił dwanaście kroków do przodu. Stanął na klapie studzienki kanalizacyjnej. Spod nóg, wokół niego, biły strumienie gorącej pary, od której schodziła mu skóra z torby. Nucił spokojnie "Hallelujah". Na zmianę z "Killing me softly". Patrzył w dół ulicy.
   Ten Drugi zrobił kroków trzynaście. To była jego szczęśliwa liczba. Nic nie nucił. Muzyka go wkurwiała. Patrzył w górę ulicy.
   Nie wiadomo, kto był szybszy. Wszystko trwało ułamek chwili, jak wtedy gdy zostajesz sam jak palec na całym świecie. Gdy mówisz: to koniec. Kiedy przestajesz kochać a zaczynasz nienawidzić. Nie zdążyli mrugnąć okiem. Nie zdążyli przeżyć życia. Nie zdążyli umrzeć.
   Kula trafiła Tego Drugiego w brzuch. Gumowy koniec, zabezpieczający przed ślizganiem się po podłodze wydał głuchy bek, kiedy wbijał się przez pępek w kiszki Tego Drugiego. Flaki wypadły na bruk. Sine i cuchnące.
   - Coś ty żarł? - spytał Johnny.
   - Mortadelę - odparł resztką sił Ten Drugi. - Ale była nieświeża. Przepraszam.
   - No, to wszystko jasne. I co teraz zrobią twoje dzieci? A żona? A teściowa? A twój pies? Będzie ci mordę lizał?
   Ten Drugi splunął krwią.
   - Nie dobijaj mnie.
   - A udław się, dziadu - rzucił nonszalancko Johnny Biling i wyjął colta. Skierował lufę w okna kamienicy i strzelił. Nie trafił. Kula odbiła się od ściany, od rynny, od latarni, od bruku, od latarni, od skrzynki na listy i wpadła do ust Tego Drugiego. Nie był na to przygotowany. Odruchowo wziął głęboki oddech i po chwili zsiniał. Udławił się ołowiem.
   Johnny Biling ruszył w dół ulicy. Zatrzymał się przed saloonem. Pchnął bujane drzwiczki i stanął w zadymionym wnętrzu. Dziwki rzuciły mu się do stóp. Był najszybszy. I nie miał nic do kobiet.
   Usiadł przy stoliku karcianym. Poker. Twarz pokerowa. Zastrzelił graczy i zgarnął wygraną.
   Wtedy podeszła do niego kobieta.
   - Jak cię zwą?
   - Johnny Biling.
   - A nie Misiek?
   Skamieniał. Coś mu świtało. Mortem Post. Egon. Jasny kutas! Co jest grane?
   - Jeśli już, to Pan Misiek.
   Dama kier roześmiała się zdrowo.
   - Spokojnie, Johnny Biling. Mam dla ciebie robotę.

środa, 25 września 2013

różyczka

   Jej Wyniosłość opadła pomiędzy purpurowe poduchy ze złotymi... ozdobami. Ten bałwan Sentyment znowu igrał ze wspomnieniami. Pokazywał im stare zdjęcia, zbok. Na jednym z nich ona, kilkuletnia dziewczynka o lśniących, czarnych włosach, w sukience z falbankami i lakierkach. Wśród plamek światła pomiędzy liśćmi, na śliskiej od rosy i pociemniałej ze starości kłodzie. Na innym - za rękę z Tatą w mundurze wysokiego rangą wojskowego. Zabójczo przystojny. Falująca grzywka, krótki wąs, błysk w oku. Magnetyzm. Po latach zrozumiała, że jego spojrzenie hipnotyzowało nie tylko ją i dlaczego mama tak strasznie płakała. I dlaczego znikał z domu częściej i częściej, aż wreszcie zniknął całkiem.
   Potem przyszedł czas przemian w kraju i w niej. Trudny wiek, choć wiek nie trwał, a zaledwie kilka lat. Mało pamięta z tamtych dni. Była muzyka, sporo ludzi, odurzenie. Głównie odurzenie. Lśniący od deszczu bruk, para wodna ze studzienek, zmoknięte strusie pióra, ciągnący się po ulicy obszarpany tren, rozmazana szminka i przebłysk świadomości: coś muszę zrobić ze swoim życiem... A że akurat przechodziła obok Wielkiej Loterii, kupiła los. I wygrała. Sentymenta. Szalała ze szczęścia. Będzie Królową, Królową, Królową!!! Cóż za zmiana, jak wspaniały obrót spraw. Odurzenie przeminęło bezpowrotnie. Sentyment obsypał ją prezentami, pisał dla niej głupkowate wiersze, stroił się w wykończony złotą taśmą aksamit i pantofle z klamerką.
   Ceremonia Ślubna przerosła wszelkie oczekiwania i poświęcono jej cały numer "Czczego Sepianina". Potem ta cudowna gra wstępna, te przekomarzania, słodkie spojrzenia, te wyrafinowane potrawy, muzyka, liściki, poezja, i znów spojrzenia, stół, patefon, papier i tak w kółko, aż po dziś dzień. Lud był co prawda głupi, ale nie aż tak, w końcu przylgnął do niej ten wstrętny przydomek. Melancholia. Jak kula u nogi. Jak kajdany. Jak stryczek. Czasem, gdy wezwała Korektora, lub gdy Ginekolo Ga rzucał się na jej orGany, udawało jej się spławić Pustkę, Niedosyt i Niespełnienie, ale zawsze wracały. Łajzy.
   Dłoń o czarnych paznokciach rozsunęła zasłony. Melancholia spojrzała w okno na ogród w stylu nonszalanckim, pełen tajemniczych zakątków. Mama mówiła do niej: "Różyczko".

wtorek, 24 września 2013

łgarnia

   Od dłuższego już czasu spotykali się w łgarni nieopodal mydlarni, za zwodzonym mostem. Na moście zwodzili, w mydlarni mydlili oczy, a w łgarni tulili się do siebie bez opamiętania. Gładzili włosy, dotykali dłoni, muskali rzęsy, chuchali w szyję. Nie mówili słowa, żeby nie skłamać. W milczeniu płynęły im łzy z oczu, może na skutek piany. Nie było dla nich miejsca w całym wszechświecie. Nie tylko w świecie. Spotkali się nie tu i nie teraz. Za późno. Albo za wcześnie.
   Kat już czekał. Ostrzył topór. Pocierał go kartą kredytową na zmianę ze stałym łączem.
   - Myślę, że to będzie niezłe widowisko. Powinnam się wzruszyć, nie sądzisz? - Jej Wyniosłość Melancholia była nieco znudzona przedłużającym się oczekiwaniem. Pstryknęła zżutą gumą w stronę szafotu. Jego Wysokość Sentyment obgryzał paznokcie. Nie lubił widoku posoki, nawet w dużych ilościach.
   - Niech to będzie nauczką i przestrogą dla innych zdrajców. Nawet tych prywatnych. - Melancholia powiedziała przez tubę ze zwiniętej blachy. Oczywiście o tym, że zwinęła ją z placu budowy przytułku dla Potłuczonych, już dawno zapomniała. Ktoś w tłumie załkał. Zabrali go na przesłuchanie.
   Kat odstawił topór. Otworzył drzwi klatki i wyciągnął zdrajców. Kobieta i mężczyzna.
   - Czy czujecie się winni?
   - Tak. Od zawsze - chlipnęli.
   - Co jest waszym grzechem?
   - Miłość.
   - Zachciało wam się, co?!
   - Zachciało.
   - Teraz wam się odechce.
   - Odechce.
   Tłum zaszemrał, uszczęśliwiony. Zapowiadało się nieźle. Melancholia wzniosła tubę.
   - W imieniu Sepii nakazuję złamać im serca.
  Sentyment się odwrócił. Coś mu upadło.
   Tłum skandował:
   - Złamać! Złamać! Złamać!
   Kat podszedł do zakochanych i wyciągnął rękę. Oddali mu serca bez słowa. Wzniósł ostentacyjnie, najpierw serce kobiety, potem mężczyzny i gruchnął nimi o kolano. Pękły  z jękiem. Ze środka wypadły dwa suche kasztany.
   - Jak dzieci, jak dzieci! - zaśmiała się Melancholia. Tłum zarechotał.
    Kat oddał im złamane serca i czknął. Coś mu ten poranny salceson nie służył.
   Jego Wysokość Sentyment drżał. Melancholia nachyliła się do Korektora i szepnęła:
   - Widzisz go? Jemu też się odechce.
   Korektor nie odpowiedział. W tłumie dostrzegł Annę Marię. Nie wiedział dlaczego, ale nie mógł oderwać od niej wzroku.

poniedziałek, 23 września 2013

z mordą w kuble

   Ciemny Strona siedział z mordą w kuble. Nie to, żeby mu było niedobrze. No, ale gdyby miał powiedzieć, że mu dobrze, to też nie. Ogólnie, w kuble było nudno, duszno i parno. Żeby chociaż było porno. A tak - dłonie zaciśnięte na pałąku, oczy jak dwa guziki bez dziurek, i język za zębami. W dodatku - za swoimi.
Wszystko przez Korektora. I przez tatusia. I przez tę cholerną miłość.
   Po pierwsze - miał malować tę garbuskę. Czego już nie próbował? Podrywał ją na ławce, "na łachmytę", ale okazała się za ciężka, może przez garb. Nie dała się poderwać ani na jedno klap. Wrobił go Korektor, nie ma co. Rozpił się chłopina, upieprzył w farbach i jeszcze dostał po mordzie od ojca. Właśnie - po drugie - tatuś. Ostatecznie, jak już wyrzucił wszystkie pamiątki po Annie Marii, jak oddał do antykwariatu filiżankę, którą chciał jej podarować, kiedy spalił sztalugi i szlugi - tatuś mu wybaczył. Musiał tylko obiecać, że będzie siedział z mordą w kuble.
    No, to siedzi.
   Tylko, że mimo wszystko wcale mu nie ulżyło. Bo właśnie tu, w kuble, intymnym królestwie Ocynku, potęgującym najlżejszy szept i najcichsze łkanie, każdą psotną myśl, zrozumiał wreszcie, z całą mocą, z całym obłędem, z beznadziejną radością: pokochał tę garbatą dziewczynę. On, drań i twardziel, typ spod ciemnej gwiazdy, amant, co to z niejednej łachy darł - gotów był całować ją po rękach i malować ją zupełnie za darmo. Zadurzył się, jak dzieciak. Wbrew zleceniu, wbrew ojcu, wbrew obowiązującemu prawu, szczególnie drugiemu punktowi "Prawa w Sepii. Dla praworęcznych", który mówił:
2. Takie tam, pierdoły.
   Ciemny Strona na prawie się nie znał, ale po raz pierwszy zrozumiał, że jest niesprawiedliwe.
   I zawył. Ryk udręczonej blachy przeszył tej nocy niebo nad Sepią.

niedziela, 22 września 2013

przewodnik po Sepii cz.2

   Wyjątki z "Prawo w Sepii. Dla praworęcznych. Spisane przez Kapitułę Korekcji"

   Z preambuły:
   "Prawo w Sepii nie jest po to, aby je łamać, ale po to, aby je naginać. Kto złamie, zostanie złamany. Prawo w Sepii nie obowiązuje. Jest kwestią nieświadomego, dowolnego, w pełni skorumpowanego wyboru. Obowiązują jedynie Wyjątki.(...)  Najważniejszym i niezbywalnym prawem w Sepii, jest prawo do myśleń, prawo do marzeń, prawo do wyobrażeń. Wyjątek stanowi w tym wypadku brak prawa do tego wszystkiego. I szlus."

   Kilka paragrafomanów, punków i podpunków z tegoż:
1. Kto marzy, będzie wymarzony.
    - nie marz, abyś nie był wymazany
    - marz, marz, a garb ci sam wyrośnie
2. Takie tam, pierdoły.
3. NiGdy nie wiadomo, co komu doleGa.
    - czasami wiadomo
    - częściej nie
(...)
7. W Dniu Szczerości należy odpowiedzieć. W Dniu Szczerości każdemu musi zostać zadane pytanie. W Dniu Szczerości obowiązuje jeden Wyjątek: nie obowiązują żadne wyjątki.
(...)
9. Wspomnienia nazbyt wielkim są ciężarem.
10. Co się komu przypomni. Co się komu zamarzy.

   Jak widać, w Sepii należy trzymać się lewej strony, a nic się nikomu nie stanie. Dobrego.

czwartek, 19 września 2013

niespodzianka

   Czas wrócił do normy. Czyli na swoje miejsce. Budzę się normalnie, rano, za oknem niebo o kolorze miedzi. Bez śniedzi. Nawet wiem, gdzie jestem. Hotel pełen golasów. I dziwactw. Najważniejsze, że poczucie spójności wszystkiego wróciło. Ponownie obmacuję sobie żebra i twarz. Nic mnie nie boli. Jestem cały.
   Leżę na boku. Na stoliku obok łóżka widzę kartę. Zamówię coś, myślę. Kiedy biorę ją do ręki, okazuje się, że to dama kier w pozie tak otwartej, że mi się odechciewa. Na odwrocie wiersz zapisany ozdobnymi literami:

Tak podobne jak ręce dwie
Moja dusza do twojej lgnie.
Tak przytulnie i ciepło pasujemy do siebie

Jak skrzydło prawe i lewe.
Lecz odezwał się wicher donośnie i otchłań bezdenna
Zapadła między skrzydłami bezlitośnie!

   Dobra, jak na razie, mam poezji po dziurki w nosie. Rzygać mi się chce na samą myśl o rytmach, rymach, metaforach. Sięgam po kolejną kartę. To akurat podstawka pod piwo ze zdjęciem koślawego neonu:
HOTEL  IMAGINACJA
   Już mam ją odłożyć, gdy M odwraca się do góry noGami.
   - Dobre, co? - słyszę za plecami. Odwracam się powoli, pełen najgorszych przeczuć. Obok mnie leży ruda kurwa o rubensowskich kształtach, po pięćdziesiątce, jeśli chodzi o wiek, i po paru setkach, jeśli chodzi o oddech. Pali cygaro a popiół strzepuje do łóżka. - Wiesz, kim jestem?
   No chyba.
   - Niespodzianka - mówię.
   Rzuca końcówkę cygara wysokim łukiem prosto do kieliszka na stole. Głośne psss!
   - Bingo, synku.
   Trochę mi głupio. Kurwa mówi do mnie synku. Nakrywam się kocem.
   - Mój wstydzioszek, no, no, no! Ciuś, ciuś! A co to? Fasolka? Mamusia przytuli synusia!
   Usiłuję się odsunąć, ale wielka pierś, miękka i ciężka, oblepia mi twarz niczym mokry ręcznik. Nie mogę nabrać powietrza. Czuję, jak gruby i ciepły, niczym kawałek świeżej kaszanki, sutek zatyka mi nos. Próbuję krzyknąć, a wtedy ten cyc wpada mi do ust i wypełnia gardło. To koniec.
   Ratuje mnie pukanie do drzwi. Dama siada a ja mogę odetchnąć.
   - Wlazł, kotku!
   Dyszę, jak dzieciak, a ona, siedząc cały czas na mnie, rozkraczona i naga, parząc mnie w brzuch swoim gorącym, nabrzmiałym kwiatem, zwiędłym nieco, ale najwyraźniej żywym, podnosi ręce i mierzwi sobie płomienną czuprynę, odsłaniając zarośnięte gęsto, na rudo, pachy.
   - To ja. Kotek - dobiega od progu.
   Dama uśmiecha się z politowaniem, wskazując na drzwi.
   - No mówię, przecież. Wlazł, kotku!
   Do pokoju wchodzi listonosz. Rower stawia pod ścianą. I motorower.
   - List mam do pana Egona.
   Dama parska śmiechem. Pryska na mnie śliną. Czuć cygarem.
   - Egon! To ty jesteś Egon, synku. No, popatrz. Dawaj, kotku.
   Listonosz zrzuca koszulę, spodnie i ciut obwisłe majtki i gramoli się do łóżka. Siada za damą. Jego jądra czuję na kolanach. Kawał chłopa. Podsuwa mi długopis, sięgając zza damy.
   - Podpisze pan?
   I podstawia przedramię. Podpisuję.
   - To dla dzieci. Ucieszą się. Wszyscy tu pana bardzo cenią.
   A potem zaczynają kołysać się w przód i w tył. Wielkie piersi latają mi przed oczami, jak serca dzwonów. Kropelki ciepłego mleka pryskają prosto w oczy, na policzki i usta.
   - Patataj, patataj, pojedziemy w obcy kraj...
   Coś mi świta.
   - Mamusia? Tatuś?
   Śmieją się do mnie, jakże się śmieją. Szczerze i radośnie.
   
   


niedziela, 15 września 2013

Tyle

   Doskonały nie mógł zapomnieć. Świadomość własnej doskonałości do tej pory wystarczała mu do życia. Nie potrzebował niczego więcej. Kiedy patrzył w lustro, długo i intensywnie, kiedy cmokał do siebie i oglądał z bliska swoje zęby i dziąsła, gdy usuwał włosy z nosa i poprawiał brwi, i kiedy wreszcie słuchał swojego głosu, podziwiając tembr, intonację i tempo - nie wierzył, że coś innego może go zachwycić. Nawet, gdy adoptował Tyle i wszyscy myśleli, że odnalazł w sobie wreszcie pokłady altruizmu i miłości bliźniego, on wiedział jak jest naprawdę. Tyl Jasny był jasny, blady i bardzo się Doskonałemu podobał. A potem, wychodząc z sierocińca dojrzał Tyla Bardzo Jasnego, albinosa, udającego bałwana, na życzenie pana dyrektora. Jak mu się żal zrobiło. Jak przykro. Jak tak można?! On nie miał swojego bałwana! I adoptował też Tyla Bardzo Jasnego.

   Bardzo szybko przekonał się, że jest jeszcze lepszy niż był. Nie było trudno. W końcu zrobił coś wspaniałego. Dla innych.
   A teraz? Nagle zaczął odczuwać brak. Niedosyt. Od kiedy w przelocie porozmawiał z tą garbatą, gadającą do siebie dziewczyną, pachnącą atramentem i myślącą wierszami, nie zerkał w lustro, przechodząc do toalety. Jak to ona powiedziała: "Dlaczego palą mi się naleśniki, mianowicie"?
   Życie go nie głaskało.Wszystko, co osiągnął, zawdzięczał rodzicom i kochankom rodziców. Przez ich dom przewijali się bez przerwy petenci z koszami pełnymi ZGS-ów, ot tak, w podarunku. A gdy oblał kwasem tego podłego karła niewyrośniętych sąsiadów rodem z Żydii, bo był ciągle obrażony, nie wiadomo, za co, to musiał go przeprosić. A po co biegał z siusiakiem na wierzchu, na dowód? Nawet gdy okazało się, że to było nieporozumienie, że nie chodziło o to, że był obrażony, tylko obrzezany, nikt go nie pocieszył. Tak, nie rozpieszczano go.
   Doskonały doskonale wiedział, że garbuska będzie jego. Wcześniej, czy później. Tak to już było w tym doskonałym życiu. Każdy dostawał to, czego pożądał.

piątek, 13 września 2013

co jest?

   Nie wierzył własnym, marnym oczom. Przecież nawet nie odwrócił głowy. Może co najwyżej mrugnął, raz czy dwa. Zamyślił się? Aż tak? Nie zauważyłby, że ten głupek, Egon, wyszedł? Ale jak? Przecież był cały połamany i naładowany prochami. Kiedy? A może to jemu odbiło? W końcu siostra też...
   Michał Klepacz siedział na krawędzi odrapanego łóżka i wgapiał się w pusty, przemoczony materac. Cuchnęło moczem. Na pościeli widoczne też były brązowe plamy od krwi. Nieźle ten Walczak narozrabiał. Ma siłę, skurnol. I technikę też, jak pociągnął Egonowi z główki, to mało mu nosa na plecy nie przestawił.
   Misiek wstał i podszedł do okna. Wspiął się na palce i wyjrzał, jakby miał nadzieję tam znaleźć pacjenta. Co ma teraz zrobić? Przecież nie powie dyrektorowi, że Egon zniknął, i to przy nim. Po prostu się rozpuścił w powietrzu. Absurd. Zamknie go, a potem zrobi czarne oczy. Co tu się stało, do cholery? Najpierw tamta, a teraz ten głupek.
   Odchylił koc. Nie ma. Zrzucił z wściekłością pościel na podłogę.
   Ktoś musi coś wiedzieć. Po kolei. Tourette, Skelet a na koniec Walczak. Jego to będzie musiał dać w pasy. Dobra, do roboty! Nie ma na co czekać. Następny dyżur za dwa dni.
   W drzwiach zatrzymał się jeszcze na chwilę. I ten młody, co nie może spać, jak mu tam, Wojtek? Tak, Wojtek.
   Do roboty.

środa, 11 września 2013

przewodnik po Sepii

   Z opracowania autorstwa Ginekolo Ga pt. "OrGanoleptyczne badanie orGanów"

   "Jest w Sepii miejsce wstydu. Lokum permanentnego idiotyzmu. Dzielnica pustych łbów. Jeździ się po nich z głuchym stukotem. Sterczą z powierzchni ulicy z rozdziawionymi gębami, wgapione w niebo z wyraźnym dowodem przeświadczenia: "Wiem wszystko" w postaci walającego się bezładnie po brodzie języka. Co jakiś czas rzucają powiedzenia, które nazywa się mądrością narodu. Co głupsi powtarzają je potem przy rodzinnym obiedzie lub innej byle okazji.
   A mimo to jest to miejsce przynoszące ogromne dochody. Turystyka kwitnie a Targowisko Próżności daje Sepii kilka wiader ZGS-ów dziennie podatku. Najlepiej sprzedają się:
- żołądek, przez który można dostać się do serca mężczyzny,
- kij o dwu końcach,
- pochyłe drzewo,
- zgniła wątroba obitej baby,
- oczy wykłute za pomocą prawdy,
- jaskółka, co nie czyni wiosny,
- jajko mądrzejsze od kury,
- gadające nożyczki i wiele, wiele innych upominków, zalegających stragany i witryny sklepików, bez ładu i składu.
   Jeśli trafisz do Sepii, to zajdź tam koniecznie. Jeśli nie trafisz, to oczywistym jest, że nie zajdziesz, więc nie będę cię bez sensu do tego namawiał, głupi wędrowcze. A w ogóle, to się ode mnie odwal, turyścino. Moim powołaniem jest Grać, Grać, Grać! a nie pisać głupie przewodniki. Koniec języka za przewodnika - kupisz go również na Targowisku. Mnie język służy do czego innego..."

   Tu dzieło Ga się kończy. Pod spodem widnieje jeszcze odręczny rysunek:

sobota, 7 września 2013

anna maria zerwała korale

   Wiedziona pragnieniem piękna, sięgnęła do Drżącej Szkatuły. Błysnęły różowe perły. Kiedy chciała je unieść i przystroić szyję, dekolt i garb, zsunęły się z wolnego końca mrówczym szykiem na podłogę.
   - Jak po sznurku! - pomyślała Anna Maria zachwycona niespodziewanym obrotem sytuacji.
   Paciorki brzęknęły kolejno o podłogę i zdezorientowane ruszyły we wszystkich kierunkach. Do porządku przywołało je surowe spojrzenie Anny Marii, która w międzyczasie zdążyła wydobyć i przerwać kolejny sznur. Do różowych pereł dołączyły białe, następnie większe malachitowe kulki, szklane paciorki z Targowiska Próżności oraz wszystkie inne koraliki śpiące dotychczas, z wyjątkiem specjalnych okazji, w Drżącej Szkatule. Podążyły posłusznie za ruchem dłoni Anny Marii razem, nie tracąc jednak indywidualnego wdzięku. Uniosły się nad podłogę i niczym wir rzeki Jachce otoczyły dziewczynę migoczącą spiralą. Boczne światło wydobyło więcej niż cały ich blask. Wydobyły Czar. Anna Maria tańczyła długo. Kot patrzył podejrzliwie. Chwila była wszystkim.

***
- Wariatka. Nieuleczalna wariatka. - Jej Wyniosłość siedziała z głową opartą na pięści. Ginekolo Ga przebierał powoli dwoma palcami po czarnych klawiszach. Melodia była prosta, ale kojąca. - Jak pragnę Dnia Szczerości! Nie będziemy długo czekać. Niech tylko Sentyment trochę ostygnie.
- Ciemny Strona ponoć nie potrafi wywiązać się z zadania...
- Potrafi. Na razie nie wystarczająco chce. To drobiazg.

piątek, 6 września 2013

hotel "Imaginacja"

   Tu, gdzie jestem, już byłem, ale też dopiero będę. To poczucie zawracania czasu jest nie do zniesienia. Kiedy spoglądam za siebie, widzę to, co jest przede mną, a gdy odzywam się do siebie, słyszę słowa, które dopiero powiem. Ogromny, nieco zamazany budynek przede mną. Czyli stoję do niego tyłem. Zatem aby wejść w drzwi, muszę się cofnąć. Hotel, myślę.
   - Imaginacja - mówię. Dobra nasza, powoli się przyzwyczajam. Zadzieram głowę do góry. Gmach niknie w chmurze o kolorze przekrojonego buraka.
   - Witam szanownego człowieka!
   Pamiętając, by mówić nie to, co chciałbym powiedzieć, ale co powinienem, ciepłym tonem witam rozmówcę:
   - Pedał czy co?
   Aha. Czyli zmiana. Teraz mówi mi się to, co pomyślałem wcześniej. Nie nadążam. Trudno, co będzie, to będzie. Nie moja wina, że facet stoi przede mną, czyli za mną, na golasa.
   - Zgadza się, drogi człowiecze. Pedał, czyli homoseksualista, czy też gej, albo ciota. Pokój.
  Uśmiecham się głupio, bo nie lubię fanatyków religijnych, w dodatku zboczonych. Na wszelki wypadek mażę palcem po klacie i ustach, odburkując:
   - Pokój nam wszystkim.
  Golas drapie się po mosznie.
   - Człowiek mnie źle zrozumiał. Oto klucz. Piętro kolejne, drzwi naprzeciwko, numer nieistotny. W pokoju czeka na człowieka niespodzianka. Kocha człowiek?
   Nie wierzę. Na szczęście poczucie, że już tu byłem pozwala mi nabrać pewności, że nic mi nie grozi.
  - Pytam, czy człowiek kocha? Dla kochających mamy zniżkę. Mógłbym wtedy zaproponować niższe piętro.
Bogusław Dziedzic, technika mieszana
foto: Ola Wittenberg
   Skoro tak wygląda ten hotel, to jakie mogą być schody? Albo winda? Lepiej niższe.
  - Kocham.
  - Zatem proszę udać się wejściem dla zakochanych. Tylko nie pomylić z wyjściem za kochanych. Miłego marzenia.
   Dziękuję - myślę, biorąc klucz. Skądś go znam. Znowu zmiana.
   - Ale pojebus - mówię. Lepiej już pójdę.
   Cofam się w drzwi. Obracają się i wciągają mnie do holu, gdzie wszyscy chodzą nago. Zaczynam się trochę krępować. Wtedy podbiega do mnie hotelowy bej, czyli młody gej, i przecina krępujące mnie więzy. Przy okazji kaleczy mi dłoń. Wprawnym ruchem przysysa się do rany i po chwili jest dobrze. Starsza Dama Kier przy fontannie w nieco pogniecionej sukni nachyla się nad wodą i mówi pierwsze życzenie. Złota rybka od niechcenia skubie sutek jej piersi, muskający srebrną taflę. Za oknem błyska. Fotoreporter klaszcze w dłonie i zadowolony ucieka na drugą stronę ulicy. Pod ścianą, wyłożoną zębami, okularami i płytami z piosenkami Michaela Jacksona stoi grajek. A właściwie dwóch. Tak, zdecydowanie dwóch. Wygrywa ten pierwszy. Nic dziwnego, widzę, że podgląda.
   Ruszam niepewnie do wejścia dla zakochanych. Idę dwadzieścia stopni w górę, siedem w lewo, trzynaście po skosie i dwadzieścia jeden na zapas. Na koniec wracam i oto jest. Moje piętro. Jedno mnie martwi. Sufit na wysokości pępka. Aha.
   - Mówiłem, że mogę zaproponować niższe piętro - uśmiecha się golas, stając nagle za mną, czyli przede mną. Trudno. Jestem zmęczony. Klękam i na czworakach odnajduję drzwi naprzeciwko. Jest ich troje. Identycznych. Zerkam na pierwsze. "To nie te". To nie te. Następne. "Następne". Zrezygnowany, naciskam bezczelnie klamkę w ostatnich drzwiach. Kiedy pada na nie światło z pokoju, dostrzegam tabliczkę. Istotnie: "Nieistotny". Spać. O niczym innym nie marzę.

poniedziałek, 2 września 2013

kurnik

   Fragmenty nagrań z rozmów prowadzonych przez dr. Mortem Posta z klientką o numerze kartoteki SP-909. Klientce godzinę wcześniej zaaplikowano 2x25mg Xylomylu oraz poddano stymulacji infrasonicznej 10x20s/11hz/amplituda stała.

"(...)
MP:  W twoich rysunkach często pojawiają się ptaki. Lubisz ptaki?
SP-909: Od dziecka ich się boję. Właściwie nie wiem, dlaczego. Kiedy jeszcze mieszkaliśmy w K., w domu babci, mogłam się z nimi oswoić. Dziadek hodował gołębie a babcia kury. Pewnego razu bawiłam się z bratem i taką dziewczynką od sąsiadów w chowanego na podwórku. Ja kryłam. Oni się wso... schowali... mogę się napić wody, tak mi zaschło...?
MP:  Proszę.
SP-909: Dziękuję. Schowali się i nie chcieli wyjść. Zaczęłam ich szukać. Nawet się skaleczyłam o jakieś żelastwo, o tu mam ślad, na łokciu, do dziś. Sprawdziłam pod schodami, za stodołą, w traktorze i w ganku. W końcu poszłam do kurnika, choć było tam ciemno. Ale koniecznie chciałam ich znaleźć, bo pomyślałam, że coś im się stało. To musiało być w czerwcu, bo kury już spały, choć na dworze było jeszcze dość widno. A może nie, w końcu mówi się "iść spać z kurami", to może było wcześniej, a to był jakiś lipiec albo sierpień. W każdym razie to było lato. Zajrzałam pod grzędę, bo tam się można było fajnie schować. Nic. Pod drugą. Nic. Za worki. Nic. Wtedy się odwróciłam... (pauza)
MP: Tak, mów dalej. (pauza) Co zobaczyłaś, kiedy się odwróciłaś? (głośny oddech) Oddychaj spokojnie, powoli. Jesteś bezpieczna, jestem obok ciebie. Jak będziesz gotowa, mów dalej.
(pauza około minuty)
SP-909: Nie pamiętam. Wydaje mi się, że... to niemożliwe...
MP:  Mów wszystko, co ci przychodzi na myśl.
SP-909: Wydaje mi się, że zobaczyłam... nie, to absurdalne, skąd mi się to wzięło...
MP: Mów, proszę. Wszystko może okazać się dla mnie ważne.
SP-909: Dla pana?
MP: Dla ciebie.
SP-909: To już nie był kurnik, tylko jakaś alejka, czy coś... na ławce siedziała dziewczyna, owinięta szalem, a obok ławki...
MP: Tak?
SP-909: Na stołeczku siedział jakiś obszarpany mężczyzna, z paletą w dłoni i malował tę dziewczynę. Tylko, że...
MP:  Tylko, że co? Śmiało.
SP-909: Dziwne, ale mam pewność, że obraz powstawał w powietrzu. Nie było sztalugi, żadnego płótna. Nakładał kolory prosto na powietrze, jak na szybę.
MP:  Może malował właśnie na szybie?
SP-909: Nie. Bo to powietrze się uginało pod pędzlem. A kiedy brakło mu jakiegoś koloru po prostu schylał się i nabierał go z ziemi.
MP:  Z ziemi?
SP-909: Tak, z ziemi, jakby nabierał łyżką piasku.
MP:  Co czułaś?
SP-909: Zachwyt. Zachwyt pełen dzikiej tro... two... trwogi. Muszę się jeszcze napić. (pauza)
MP:  Znałaś tę dziewczynę?
SP-909: Nie... tak... nie wiem...
MP:  Jak myślisz, gdzie byłaś? (pauza) Wiesz, co to było za miejsce? (pauza) Mówiłaś już o tym miejscu kiedyś, pamiętasz? (pauza) Skup się! Musisz to pamiętać! Jak tam się dostałaś? Dlaczego?! Dlaczego do cholery?! Jak?! (pauza, płacz, odgłosy krzątania, otwieranych drzwi)
KOBIECY GŁOS: Tak?
MP:  Zabierz ją na salę. Niech się prześpi.
KOBIECY GŁOS: Chodź, mała. (trzaśnięcie drzwi, pauza około minuty)
MP:  Znaleziono ją w kurniku. Siedzieli z bratem nad ciałem wielkiego koguta ze skręconym karkiem. Wspomniana koleżanka zaginęła tego wieczoru. Nigdy jej nie odnaleziono.
(pukanie do drzwi)
MP:  Proszę.
KOBIECY GŁOS: Ona mówi, żeby panu przekazać, że nie wie, czy to ważne, ale żeby panu powiedzieć, że ta dziewczyna na ławce miała garba... no.

sobota, 31 sierpnia 2013

cierpienie

   Od kiedy w pałacu Ich Rozkoszności wybrzmiało ostatnie: "niech żyje nam", wyśpiewane chóralnie, acz bez przekonania przez Jej Wyniosłość, Kono Wała i Wielkiego Korektora, egzystencja Jego Wysokości Sentymenta wzniosła się na wyższy pułap. Z dojmującą rozkoszą pławił się w cierpieniu. Wyciskał je z każdej usłyszanej i wyśpiewanej nuty, z każdej litery postawionej z rozmachem w tajnym dzienniku, któremu nadał tytuł "Dyrdymałki". W paroksyzmach i szlochach roztaczał opiekę nad wspomnieniami, które wreszcie zaczęły sobie szukać nowych kryjówek. Podejmował też próby poetyckie, wszystkie nieudane. Jej Wyniosłość zwymiotowała do złotego sedesu, kiedy natknęła się na tekst zapisany na odwrocie damy kier:

Tak podobne jak ręce dwie
Moja dusza do twojej lgnie.
Tak przytulnie i ciepło pasujemy do siebie

Jak skrzydło prawe i lewe.
Lecz odezwał się wicher donośnie i otchłań bezdenna
Zapadła między skrzydłami bezlitośnie!

  Zastanawiała się, co gorsze. Czy wizerunek damy w pozie tak otwartej, że się odechciewało, czy plagiat wypisany ozdobnymi literami na rewersie. Znała źródło tej inspiracji. Proste, może nieco banalne w treści, jak życie, jednak w formie nadzwyczaj wysmakowane. Nigdy nie miała złudzeń na temat talentu swojego męża, jednak odkąd podjęła decyzję o przedłużeniu życia Sentymenta w imię dobra narodowego, jej wściekłość rosła jak mięsożerne łopluszcze po deszczu oklasków przerażonych dworzan.

*nieautoryzowany przekład wiersza Mariny Cwietajewej

czwartek, 29 sierpnia 2013

za kochana

   Anna Maria była za kochana! To okazało się takie proste. I oczywiste. Jakże mogła nie skojarzyć faktów, nie rozpoznać symptomów, nie poczuć TEGO. Pustka, Niedosyt, Bezradność, te stare, szczwane suki nie wzięły się znikąd. Mogła nie widzieć kto to, mogła nie rozumieć, dlaczego, jak to możliwe, za co, nie musiała nawet odczuwać wzajemności. Ale powinna była dostrzec owo "za".
   Za kochana! Ona, dziewczyna z garbem, córka nie wiadomo czyja, właścicielka drewnianego kota ze złoconym pyskiem, Niczego, który teraz liżąc drewnianą złoconą mosznę, śmiał się półgębkiem - za kochana. Nie mogła uwierzyć w to, w co właśnie uwierzyła. Była za kochana! Nie tylko kochana, normalnie, jak dziewucha, jak kobieta. Ten, co ją pokochał - nie mógł po prostu poprzestać na zwykłym kochaniu? Musiał się w niej za kochać? I tak szczęścia miała w życiu nadto. Choćby wiersze. I przyjaźń Jego Wysokości (brrr!) Sentymenta. I gołębie. I ciotkę Umierałą. Było tego trochę. Jak na zwykłą mieszkankę kamienicy pani Creims, regularnie wnoszącą opłaty, nie szukającą wrażeń, było całkiem emocjonująco.
   Kto to był? Kto to jest? Kto to będzie? Ów Doskonały? "Jaki on jest mądry. A jaki ładny. Te brwi. Wargi. Nos. Nos mężczyzny jest bardzo ważny. Po nosie można rozpoznać prawdziwego mężczyznę." Anna Maria nie wiedziała, kogo by chciała. Może Księcia z Bajki. Ale w Bajce podobno panował Kryzys i fala emigracji niosła ze sobą setki sztucznych książąt z wilkami. A może by chciała maczo. Prawdziwy maczo - przystojny, męski, pachnący piżmem. Żeby ją wziął i... No, wziął.
   Albo bohater, żołnierz, wojak. Na przepustce. Takiemu nie da się odmówić, choćby ze względów patriotycznych. Krew za krew, jak to mówią. Noc za noc, ząb za ząb, orgazm za orgazm.
Za kochana. Wariowała od tego. Niechże już go pozna. Czuła, że jest blisko. Na wyciągnięcie ręki. Na przymknięcie powiek. Na pierwszy pocałunek.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

tercet

   Choć była nieproszonym gościem, Pustka w domu Anny Marii rozgościła się na dobre. Wkrótce przywlokła się za nią Bezradność. Doskonale wyczuwała, gdzie odbywają się najlepsze imprezy w mieście. Przyprowadziła ze sobą Niedosyt. Łajzy. O, ta trójca rozumiała się bez słów! Niczego więcej nie potrzebowały. Lokal był i była Anna Maria, którą mogły się żywić przez jakiś czas. Wyciągnęły instrumenty. Uwielbiały to wspólne, nieśpieszne muzykowanie. Zwłaszcza, gdy trafiała się jakaś przekąska. Na początku trochę nieskładnie, każde sobie, w poszukiwaniu wspólnego języka, nastroju chwili, następnie coraz śmielej i mocniej dęły w ustniki. Z ich instrumentów wydobywał się potężny i wszechogarniający popiół.

piątek, 23 sierpnia 2013

bieguny

   Bieguny kryły tajemnicę. Wykonane z sezonowanego, giętego i szlifowanego na mokro wieloletniego dębu były gotowe galopować choćby na bieguny. Twarde, nie do zdarcia, równiutkie i bez najmniejszej zadry. Ideał biegunów. Doskonałość podparcia. Absolut  mobilności w czasie i przestrzeni.
   Stojący na nich duży, pokryty łaciatym pluszem koń, gnał przez wszystko. Był, istniał, pędził. Przenosił przede wszystkim w czasie. Szybko i boleśnie. Raz, może dwa razy w roku zdarzał się dzień, w którym doktor Mortem Post stawał się jeźdźcem. Kiedy wicher wspomnień przewalał się przez jego głowę, pustosząc pokój i druzgocząc rozsądek, gdy próżnia tęsknoty wysysała z niego ostatni dech i haust powietrza a dojmujące poczucie braku wbijało zardzewiałe gwoździe, tępe i poskręcane między jego żebra - Mortem Post dosiadał starej zabawki, odziedziczonej po ojcu albo po jakimś dziecku, nie wiedział, nie pamiętał, chociaż bardzo chciał wiedzieć.
   Ogarnięty nasilającym się szałem i cierpieniem, nie wiedząc kiedy zdzierał z siebie ubranie, kaleczył sobie piersi i ramiona do krwi paznokciami, piłowanymi i odżywianymi z pieczołowitością pedanta. Wtulał twarz w cuchnącą kurzem grzywę i wdychał. Zapach dzieciństwa, szczęścia mimo katastrofy, radości mimo traumy, wdzięczności mimo nienawiści. I z każdym wdechem, niuchem, zapachem leciał w kosmos, w przestrzeń poza sobą, w pozaczas. I łkał, łkał, łkał coraz bardziej. Nagi, usmarkany, zakrwawiony.
   Monitor przy łóżku pikał miarowo, rurki pulsowały przepływającą przez nie cieczą, a do worka wiszącego przy materacu kapała ciemna ciecz. Palce dłoni, upstrzonej łuszczącym się naskórkiem, drgnęły. Skurcz? Pocieszenie? Przywołanie?
   - Hatatitla, mój Hatatitla - szeptał w grzywę. - Zanieś mnie, mój Hatatitlo...
   A potem, kiedy już brakowało mu łez i siły, milkł i leżąc, odkręcał bieguny od spękanych kopyt. Chwytał jeden dębowy łuk i zaczynał nim okładać swoje ramiona, łopatki, żebra i uda. Drugim na zmianę uderzał w podłogę, hukiem zagłuszając własne krzyki.
   Jak za dawnych lat.

środa, 21 sierpnia 2013

raz w tę, raz w tę

   Nie otwieram oczu, ale widzę. Pod palcami omszałe żerdzie umierającej ławki. Mokre i zimne, jak mgła, która otula ramiona, zwija się wokół szyi, wciska się w uszy. Przesuwam opuszkami po bliznach. "ŁAWKA ZAKOHANYCH". Ławka schadzek. Wiem to, bo kiedyś tu będę. Kiedyś będę. Przyjdę tu i pójdę tam. Spotkam ją. Kogo? Będę kochał.
   Dotykam ostrożnie żeber. Nic nie boli. Twarz. Też nic. Wszystko w najlepszym porządku, jeśli nie liczyć uszu, które są jakby większe i bardziej mięsiste. I oczy. Którymi widzę, nie patrząc. I czas. Który nie płynie, ale skacze, niczym piłka. Raz w tę, raz w tę. Aktualnie w tę.
   Znam to miejsce. Tam, za rogiem jest hotel. "Imaginacja". I fontanna, która rzyga srebrem. Będę tam, jeśli wczoraj tu przyjdę. Dziś jestem pojutrze, a byłem tam jutro. Nie mogę być jedynie tu i teraz.
   Szukam. Jej. Będę szukał. Ale najpierw muszę znaleźć. Znalazłem, jeśli zgubię. Zgubiłem, jeśli znajdę.

sobota, 17 sierpnia 2013

do siebie!

   - Ciociu, ale przecież ja nie znam waszych przepisów! – Anna Maria dojrzewała do drogi pod oknem ciotki Umierałej.
   - Kochana, bez przepisów da się żyć! To po pierwsze.
   - A po drugie?
   - Po drugie, nie ma przepisu na wszystko.
   - To może chociaż na cokolwiek, tak na pamiątkę?
   - Zawsze trzymaj się lewej strony! – ciotka Umierała zatrzasnęła okno.
  Anna Maria Niczego zbytnio się nie spodziewała. Tym bardziej ucieszył ją widok rytmicznie oddalającego się kociego ogona. On już wracał do siebie. Jakaż się poczuła dojrzała! Trzeba było jeszcze tylko ustalić kierunek. Lusterko! Uch, chociaż ono ocalało. Ulga spłynęła na Annę Marię jak skrawek jedwabiu. Zajrzała do środka. Zbite Zwierciadło było pęknięte nie raz. Pajęczyna rys znaczyła Bolesną Taflę. W każdym okruchu Anna Maria widziała pewną cząstkę siebie. Całość była niepewna. Przybyło jej wątpliwości, ale czegoś trzymać się musiała. Ponieważ szczerze pragnęła powrotu, dostrzegła wkrótce tablicę z napisem „Droga do Siebie”. Po paru nieco wymuszonych krotochwilach z rowu po lewej wylazła obdarta postać żebrząca uwagi:
   - Czy chcesz…?
   - Nie odpowiadam na sakramentalne pytania – odparła przytomnie Anna Maria, odnosząc wrażenie, że gdzieś już tego typa ze strupem na spuchniętym nosie widziała. Odniosła to wrażenie na stronę, bo nie chciała zbędnego balastu.
   Droga wpadła w Las Uniesionych Brrrwi. Pod ich naporem wątpliwości narosły. Następnie mijała pola To Nie Dla Mnie, Zostań Lekarzem, Artyści To Tacy Nieszczęśliwi Ludzie, Ciszej, Koloruj Staranniej, Boje Sie. I tak w kółko, aż do Sepii. Bardzo spowalniały marsz. A wszystko jak na złość po lewej stronie. Na dodatek z rowu wygramolił się znów jakiś przybłęda. Tym razem wrażeniu nie mogła się oprzeć. Spod piankowego stroju w kształcie cukierka wystawały tylko krótkie rączki, nóżki i twarz. Ten czerwony nochal, jak tam, w parku. Nie pomógł mu nadruk z przodu i z tyłu: „Sprzedawca Czczych Obietnic”. Anna Maria spuściła go po sznurku.
   Deszcz pazurków przebiegł po kręgosłupie Ciemnego Strony. Nie dość im było jednego okrążenia. Spodobała im się zabawa w wyścig. Niektóre zboczyły z trasy, by zwiedzić jego łopatki i barki. Obietnica Wielkiego Korektora mówiła coś o suchym pysku na czas nieokreślony. Jeżeli nie sprowadzi garbatej do Pałacu Ich Rozkoszności, w Sepii nie będzie miał czego szukać. I to garbatej nieuszkodzonej.
   Anna Maria dźwigała dalej swój garb. Zaś on coraz natrętniej domagał się postoju. Zatrzymali się znużeni na polanie Co To Będzie. Stamtąd trudno się było ruszyć. Anna Maria była już prawie pełna wątpliwości. Aż do chwili, gdy ze zbliżającego się tumanu kurzu wyłonił się biały kask, okulary, szal i szelmowski wąs Doskonałego.
   - Bążur, madmuazel! Jakże mija Twój
dzień, Ślicznotko? A jakież to troski chmurzą to gładkie czoło? Może napój orzeźwiający przywróci uśmiech na twym nieskalanym obliczu? – z psyknięciem otworzył flaszkę.
   - Wariat – pomyślała Anna Maria, ale uśmiech, który w tej chwili zakorzenił się pod żebrami, puścił szalone pędy i w jednej chwili zakwitł na jej twarzy. Na ustach, ale i w oczach, co Doskonały skrzętnie odnotował w pamięci. Roześmiał się szczerze. Jego śmiech potoczył się lawiną w kierunku Sepii. Zmiótł resztę przeszkód. Niepotrzebnie zresztą. W kierunku stolicy nadciągała fala powodziowa. Z brzegów wystąpiła rzeka Jachce. Nurt porwał Annę Marię tuż po tym, jak Doskonały zdążył krzyknąć:
   - Moje koty dziś narowiste, muszę pędzić. Orewuar, madam! 
   - Dzięki! – krzyknęła Anna Maria za oddalającym się tumanem kurzu. Poczuła kluskę w gardle, ale musiała walczyć o równowagę.
   - Tylko nie rozbij się o Most Uniesień!
   - Czemu nie? - pomyślała.
  Resztę drogi wbrew przepisom przebyła po stronie prawej. Wkrótce była u siebie. Luna i Vagina przywitały ją szarfą z napisem „Witaj w domu”.
   - Ja też za wami tęskniłam.
   Niczy spokojnie chrapał na sofie. Poza tym w domu królowała Pustka. Rozsiadła się wygodnie przy kuchennym stole i małą łyżeczką zaczęła wyjadać Annę Marię od środka.

piątek, 16 sierpnia 2013

tatuś

   Do spowitej w mroku pracowni bez okien wszedł tatuś. Ciemny Strona momentalnie się zmoczył i upuścił pędzel. Zaczął szybko drzeć płótno blejtramu, dźgając je szpachlą i szarpiąc zębami. Nie widział tatusia, ale słyszał jego nierówny, chybotliwy krok i czuł coraz intensywniejszy odór przetrawionych Kropli Szaleństwa. Nawet byłby się zdziwił, bo od czasu, kiedy sam ich nadużywał, stracił powonienie, ale się nie zdziwił. Nie zdążył.
technika mieszana Bogusław Dziedzic
foto: Ola Wittenberg
   Pierwsze uderzenie trafiło go w oko. Ciemnemu Stronie zrobiło się nagle bardzo jasno. Drugie uderzenie rozgniotło mu o czaszkę ucho. W pracowni rozdzwoniły się dzwony. Trzeci cios sprawił, że zaczęły mu nagle rosnąć wargi i nos. I było mu w nie bardzo gorąco.
   - Ja ci dam zaczepiać dziewczyny, nieudaczniku. Ty szmato, ty głupku!
   Ciemny Strona zrozumiał. To cena za realizację marzenia, by zostać malarzem. Do tej pory myślał, że jego koszmarem w zamian za spełnienie pragnienia bycia artystą okazał się nałóg kroploszałoholizmu. A jednak nie, to byłoby zbyt proste.
   - Tatusiu, kochany tatusiu, nie! Prosę, nie bij mnie, prosę! Już nie będę!
   Sznur od żelazka rozpalił mu plecy.
   - Ty gnoju! W tej chwili masz wyrzucić te wszystkie bohomazy! Za pięć minut ma ich tu nie być! Ani śladu.
   Na czterech zbierał rozrzucone farby i pędzle.
   - Dobze, tatusiu, tylko mnie nie bij.
   Trzasnęły drzwi. Ciemny Strona zwymiotował. Złamał pędzel. Potem drugi. Siedział i płakał. Jak teraz namaluje Księżniczkę?