poniedziałek, 30 marca 2015

stan nieważkości

   Jej Wyniosłość Melancholia wahała się.
   Dzień Szczerości, Dzień Szczerości! Sranie w banię! A bania pełna! Musiało się wylać!
   Wiedziała, czuła, że to nie będzie takie proste. Nie wystarczy ukręcić głowy gołębiowi, rzucić go na bruk i przespać się z tą ofermą, Ginekolo Ga. Trzeba powiedzieć prawdę! 
   Ileż to razy wpatrywała się w oczy skazańców, jak choćby tych ostatnich, którym złamano serca. Na chwilę przed powiedzeniem prawdy ich źrenice rozpalały się blaskiem spokoju i dumy. Oni się nie przyznawali, oni się chwalili! Szuje! Powinni się wstydzić! Przecież nie wolno się zakochiwać i dążyć do szczęścia. Przecież jak się jest Wyniosłością, to się jest! Cały lud patrzy!
   Podniosła kawałek kartki, zapisanej poprawnym pismem Wielkiego Korektora. To był jeden z wierszy jej męża. 

pierwsza noc ciągnie się nieznośnie
gadanina pizza między zębami a ty
wpadasz w lej czarną dziurę
bramę do innego wymiaru

gwiazdy marzą o powrocie na ziemię
ale każdy ma taką zabawę
na jaką sobie zasłużył
kometka rakieta seks w stanie

nieważkości marzy się chłopakom
mama zawsze nam powtarzała:
marzenia się spełniają co ty na to

ta noc ciągnie się nieznośnie
wiesz co? chodźmy do łóżka
rozmowa z kierowcą podczas snu zabroniona*


   - Co to ma być? - warknęła, poirytowana intuicyjnym wyczuciem prawdy. - Skąd on bierze takie słowa? Kometka? Rakieta? Kierowca? Dama, to jeszcze, ale owca kier? W co on gra? No nie! Pizza?
   Zgniotła kartkę i rzuciła na stertę takich samych kulek. Leżało ich tu, w Komnacie Baszty do Góry Nogami, całe tysiące, wielki stos, w którym mogła się schować po czubek nosa. A tego teraz pragnęła, jak niczego innego. Schować się. No to się schowa! A jak wyjdzie, wszystko się jakoś ułoży! Na pewno!
   Rozpędziła się i skoczyła w stos papierowych kul. W powietrze wzbiły się chmary liter i zaczęły swój obłędny taniec. Melancholia zniknęła wśród słów i wierszy. I nie wiedziała nawet, gdzie jest podłoga, a gdzie sufit. I tak przyjęła pierwszą z prawd: czym jest stan nieważkości.

* wspólny wiersz BT i WE, spisany w noc, gdy hotel Imaginacja zamknął powieki

sobota, 28 marca 2015

żucie kuleczek

   Siedziałem po turecku. Deski pod pupą pełne były drzazg. Koszulę na piersiach miałem przemoczoną. To serce. Sączyło się z niego. Płakałem. Łzy odrywały się z moich policzków i unosiły, niczym motyle, w powietrze. Pachnącą prochem łuską ryłem w akacjowym drewnie szafotu wiersz:

Kainem będę z kolejnym porankiem
żaden Abel nie wejdzie mi w drogę
żaden brat ani na podobieństwo
porem i cebulą zapchamy gęby
a przez ołtarz popłynie dziewicza krew

co mi po mięsie twoich ud
co mi po soli naszych łez
niech się stanie pustka
i to będzie dobre


   - Co to znaczy: "żaden brat ani na podobieństwo"? - Wielki Korektor wodził palcem po literach, wyżłobionych w drewnie. Popatrzyłem na niego z westchnieniem zadziwienia. Ci wszyscy politycy, urzędnicy, monarchowie. Wszyscy możni tego świata, wyuczeni zbyt dobrze, za bogaci, pełni i silni. Patrzą i nie pojmują. Słyszą i nie rozumieją. Mają i nie doceniają. Otworzyłem usta, by wyłożyć Korektorowi znaczenie metafory, ale ten w tym momencie machnął ręką, płosząc siedzące obok gołębie (z których jeden, jak mu się zdawało, miał dwie głowy!) i zmienił temat.
   - Mam pomysł! - zerwał się, chwycił blaszaną tubę leżącą obok, służącą normalnie do nagłaśniania jęków skazańców i krzyknął w stronę tłumu:
   - Jej Wyniosłość Melancholia w swojej nieskończonej dobroci i pełnym empatii wyuzdaniu ogłasza zawody w żuciu kulki. Zwycięzcą zostanie para, której jako pierwszej uda się wprowadzić kuleczkę, czyli... - zachichotał, kryjąc za dłonią usta - ...łechtaczkę partnerki w stan permanentnego uniesienia. Oceny dokonamy my, czyli Wielki Korektor oraz... no, my! Nasza Sprawiedliwość. Ciach! Zaczynamy!
   Wielki Korektor klasnął w dłonie a tłum zgromadzony pod szafotem ożywił się, jak tabun mrówek. Zebrani zaczęli pospiesznie dobierać się w pary i rzucać na ziemię, stawać w przedziwnych pozycjach to znowu przysiadać na krawędzi szafotu. Akacja pachniała słodko.
   Wielki Korektor spojrzał na mnie. Wydrapywałem kolejny wiersz.
   - Co za uparciuch! - powiedział Korektor. Wiersz był długi, w dodatku do góry nogami, więc czuł się najzupełniej zwolniony z czytania. Klepnął mnie po ramieniu, gwizdnął w łuskę i zeskoczył z szafotu.
   Złapałem ręką za serce. Oprócz wysięku, dopominało się o troskę bólem i łopotaniem.
od jednego „kocham” runęła lawina
zerwała paciorki i korale z jarzębiny
te trąciły czas i czas za dziwiony przestał
biec wtedy zgęstniało powietrze aniołom

zwiędły skrzydła i spadły na podwórze
za to diaboły wyszły zza węgła z gębami
na kłódkę i rogami do przyprawienia kto chciał
dostawał bo każdy ma to czego pożąda po południu

na trzepaku wisieli wisielcy w wisielczym
humorze nawet nie było nudno całe miasto
przyszło popatrzeć na sine krawaty w obcych
językach na serca złamane na kolanie

pod wieczór w rezonans wpadły mosty
a wieże kościołów rzuciły się na siebie
wojsko przekuło miecze na lemiesze i
zaorało wszechświat pod uprawy lubczyku

gwiazdozbiory kiedy już wzeszły wisiały nad
głową nisko tykając cebulek i koniuszków uszu
nad ranem neon w dyskotece zaświecił po raz
ostatni i zgasł

i tak na ziemi dobiegła końca era tańca


Kuleczki wokół szafotu furkotały przyjemnie. Na tyle głośno, by nie słychać było nadjeżdżającego zielonego roweru.

sobota, 8 listopada 2014

siusiak

   Johny Billing polerował lufę. Nie wiedział, co go bardziej podnieca - gdy poleruje ją z zewnątrz, wodząc po niej zaciśniętą dłonią wyściełaną miękkim kawałkiem filcu, czy kiedy wsuwa do jej tajemniczego wnętrza palec owinięty rąbkiem flaneli. Zawsze miał problemy z tożsamością seksualną. Chciał kochać i być kochanym. Rżnąć i być rżniętym. Gwałcić i być zgwałconym. Często o tym rozmyślał. Co też takiego stało się w jego życiu, że nie wiedział, co wybrać? Albo co takiego się nie stało? Może "często" to nieco zbyt mocne określenie. Raz. Myślał o tym raz. Właśnie teraz.
   Zielony rower leżał na rowie. Billing wiedział, że powinien leżeć w rowie, ale przez szacunek dla jego ojca, który był prostym człowiekiem, a nawet prostakiem, położył rower na rowie. Trawa była wilgotna, ziemia chłodna. Poranek zjawił się, jak zawsze, za wcześnie.
   Tak, czy inaczej, Johnny czuł, jak jego penis nabrzmiał, wypełnił się krwią i limfą, jak rozpycha się w gatkach z bambusowego włókna, niczym parówka w folii zanurzona we wrzątku. Był twardy. Johnny był twardy. Wiedział, że jego siusiak (ach! jak kochał to określenie!), nawet w najbardziej senną noc, nawet, gdy oglądał zdjęcia dziewczynek w białych rajstopkach i pantofelkach z wytłaczaną buzią papieża na lakierowanej skórce, w które to pantofelki, jak marzył, spuszczał się z rozkoszą, aż gęste białe krople skapywały ze złotej sprzączki na bose stopy, więc nawet wtedy jego siusiak (ach!) przypominał jedynie kawałeczek kiełbaski, parówki, niewielkiego ogórka czy cienkiej marchewki. I ubolewał nad tym, a mimo to dbał o niego, pieścił i dawał mu tyle rozkoszy, ile tylko mógł zdobyć za marne grosze z windykacji. Z prawdziwą dumą ujmował w dwa palce żołądź wielkości paznokcia i pocierał, jak teraz żelazną lufę colta.
   Zostały mu dwie kule. Jedna dla Waltera Egona, ale dla kogo druga? Każda kula ma swojego właściciela, mawiał ojciec Johnego, lejąc ołów w ręcznie robione formy. Jego kule można było dostać jedynie na Czarnym Rynku, nigdzie indziej nie godziły się opuszczać bębenków.
   - Chcesz dostać kulę od starego Billinga? - pytali macho. - Idź na Czarny Rynek.
Im bliżej Waltera był Johny, tym większe odczuwał podniecenie. Ten wypierdek, pseudo facet, laluś o posturze chłopaka, głosie młodzieńca i niowłosinej klacie, miał najlepszego penisa pod słońcami. Nie chodziło tylko o wielkość, bez przesady, Billing nie był aż takim dupkiem. Przecież o skuteczności broni nie decyduje kaliber, ale celność. Właśnie, punkt, w który trafia.
   O Walterze mówiono, że trafia w punkt. Johny domyślał się, dlaczego. On nosił siusiaka od dziecka zawsze po lewej stronie majtek, przytulonego do lewego uda, jak pijawka. Kiedy więc miał wzwód, jego męski atrybut sterczał odgięty na bok, jak krzywy dyszel. No, może dyszelek. Egon musiał znaleźć takie wymyślne ułożenie członka w bieliźnie, że potem nie było pudła. Billing sięgnął z kieszeni pożółkłą karteczkę. Zapisał na niej wiersz, wyryty scyzorykiem przez Waltera w żerdziach ławki:

dopadam jej

zagarniam
w ucho gryzę

sobacze we mnie czucie
przy targaniu sierści

tak mnie wwodzi w nią
mój Twarda Pękatość
jakby zbijać deski


cieśla i rzeźbiarz
dłutem języka

żłobię alabaster

   John Billing westchnął i złożył karteczkę w kosteczkę. Znał go na pamięć. Jakby zbijać deski.
   - Deski to można zbijać na trumnę, Egon - powiedział do siebie i chuchnął na muszkę. Przestraszona, zerwała się i odleciała.

piątek, 7 listopada 2014

pestka winogrona

   O drugiej zero dziewięć Anną Marią szarpnęła konwulsja, o mało nie zwymiotowała. Usiadła zlana zimnym potem. Kwiaty na łożu westchnęły zgodnym chórem i umarły.

całun utkany z lęków
opada na bezsenność
która mogłaby być darem
a jest ciężarem
dlaczego boisz się śmierci?

   Słowa napłynęły nie wiadomo skąd.
   - Kiczort? Kto to napisał?
    Po chwili zaczęła odzyskiwać przytomność: - Walter! Cholera jasna!  - ach, te nieomylne wibracje - gdziekolwiek jesteś, żyj! Nie boję się ani bezsenności, ani śmierci. Nie boję się Pustki i tamtych dwóch.
Wzięła gitarę:

Spulchnię ziemię na zboczu i pestkę winogron w niej złożę
A gdy winnym owocem gronowa obrodzi mi wić
Zwołam wiernych przyjaciół
I serce przed nimi otworzę...
Bo doprawdy - czyż warto inaczej na ziemi tej żyć?
Więc czym chata bogata! Darujcie, że progi za niskie
Mówcie wprost, czy się godzi
Siąść przy nas, ucztować i pić
Pan Bóg grzechy wybaczy
I winy odpuści mi wszystkie...
Bo doprawdy - czyż warto inaczej na ziemi tej żyć?

W czerni swej i czerwieni zaśpiewa mi znów moja Dali
Runę w czerni i bieli do stóp jej
Niech przędzie swą nić!
I o wszystkim zapomnę
I umrę z miłości i żalu...
Bo doprawdy - czyż warto inaczej na ziemi tej żyć?

Więc nim zmierzch się zakłębi
I cienie po kątach się splotą
Niech się ciśnie do oczu, niech wiecznie pozwoli mi śnić
Płowy bawół
I orzeł srebrzysty,
I pstrąg szczerozłoty...
Bo doprawdy - czyż warto inaczej na ziemi tej żyć?*

Wyrwane ze snu gołębie spojrzały po sobie porozumiewawczo. Księżyce spojrzały po sobie tkliwie.
- Jaka szkoda, że nie mogę cię dotknąć - odezwał się dźwięcznym głosem Prawy Profil.
- Ogromna - odrzekł Lewy Profil.

*Pieśń gruzińska, Bułat Okudżawa

w majestacie masmediów

   Czczy Sepianin donosi: Mnogość Słońc nad Sepią nie jest zjawiskiem paranormalnym, a wyłącznie złudzeniem optycznym wywołanym zawirowaniami przyrodniczymi, politycznymi, historycznymi i osobistymi. Osobistymi w szczególności. Zwielokrotniony obraz Słońca to efekt wielorakich wydarzeń powodujących kondensację czasu. Zjawisko kondensacji nie jest do końca znane. Podejrzewa się, że u jego podstaw leżą klęski żywiołowe i wojny toczące się w makro i mikrokosmosie. Badania potwierdzają, że niektóre jednostki mogą posiadać tymczasową odporność na zwielokrotnienie obrazu. Warunkiem wytworzenia tej odporności jest spokój duszy. Przypadki takie są jednakowoż tak rzadkie, co więcej, nieuchwytne, że gadać o nich szkoda.

   Z kolumny "Majestat Prawa": Z dniem owym, w obliczu kompletnego braku wartości jako środka płatniczego znosi się walutę Złotych Guzików Sepii. Każdy guzik ma od tej chwili wartość wyłącznie kolekcjonerską, intelektualną i sentymentalną, lub według uznania posiadacza. Z przykrością i zażenowaniem oznajmiamy, iż eksperyment nie powiódł się.

egzekucja

   - Wszystko gotowe, ukochana. Szafot prezentuje się godnie. Wzorowałem się na najlepszych. Deski akacjowe. Bisior, purpura i karmazyn. Cheruby uczynione przez biegłego tkacza. Zasłony spięte po pięć. Będziesz zadowolona, Pani!
   Wyglądała jak zwykle oszałamiająco. Pierwsze spojrzenie na nią niezmiennie powodowało suchość w gardle oraz inne przypadłości wprawiające go wręcz w zakłopotanie, zwłaszcza, gdy nie byli sami. Tym razem oprócz dzikiego zachwytu ukłuł go niepokój. Czy to fioletowe refleksy w jej włosach straciły blask, czy niebieskie linie żył na dłoniach stały się bardziej widoczne, a może wzrok miała utkwiony w pustce bardziej niż zwykle.
   - Zdolnyś, bestio, trzeba ci to przyznać. Ale nici z zabawy - na chwilę zaległa cisza - Trochę szkoda twojej roboty. Zorganizuj im jakąś imprezę w to miejsce. Zawody w rzucie kulką albo wyścigi kocich zaprzęgów powinny ich uspokoić. Gdyby za dużo szemrali, ogłoś, że tylko wygrany przeżyje. I zamknij buzię, bo głupkowato wyglądasz, kochanie. Dalej nie rozumiesz? - Wielki Korektor pokręcił głową - No cóż, może cię przeceniam jednak. Dobrze więc. Znaj moje wielkie serce i pojmij wreszcie, że oni sami ukarali się tak, że nawet najbardziej zdegenerowany i perfidny zwyrodnialec nie wymyśliłby okrutniejszej tortury. Oni rozpruli sobie nawzajem serca. Od tej pory wiecznie i nieustannie będzie się z nich sączyć. Będą pisać wiersze, piosenki, będą śpiewać, rysować, grać, rozmawiać w nieskończoność. Będą się często kłócić i obrażać. Będą mieć do siebie żal, będą się ranić. Do tego ci idioci będą nazywać swój stan miłością. Kiedy rozstaną się, już po kilku godzinach zaczną do siebie tęsknić, szeptem wypowiadać swoje imię.
   Wielki Korektor głośno przełknął ślinę. Patrzył oszołomiony na jej miednicę. Znad paska do pończoch sterczała alabastrowa krawędź.

niedziela, 30 marca 2014

nauk cienie i blaski

     Z rozprawy Wielkiego Korektora: "Sporulacja dla nieodpornych. Sporo jest racji w sporulacji" (rękopis): 
   "Co w życiu jest najważniejsze? Na to pytanie próbowało odpowiedzieć wielu: filozofowie, etycy, estetycy, fizycy, biolodzy, poeci i żule. Odpowiedzi udzielili wiele i wszystkie błędne. Zero punktów. Nie jest najważniejsza jakaś tam miłość, rodzina, ojczyzna, wojna, muzyka, honor, religia, alkohol, szachy, działka. O nie! Najważniejsze w życiu to przeżyć. Natomiast przeżyć to znaczy przetrwać. Aby zaś przetrwać, należy wytworzyć przetrwalnik, czyli endosporę, nie mylić z zarodnikiem.
   Endosporę można porównać do zawieszenia działalności gospodarczej. Składamy formularz w jednym okienku: wnoszę o odessanie wody z cytoplazmy na czas określony przywróceniem warunków sprzyjających, ponieważ zanosi się na huragan lub przerwy w dostawach cukru. Prośbę motywuję chęcią przetrwania. Z takim argumentem się nie dyskutuje, tylko odsysa i przenosi w stan spoczynku do odwołania. Endospora bowiem to forma spoczynkowa. Rokuje więc spoczynek. Coś jakby czterdziestoletniemu pracownikowi korporacji (patrz: W.K. "W zaświatach niektórzy chodzą w krawatach" oraz "Pół świadka z zaświatka")  pozwolić na leżakowanie. Godzina w ciągu dnia, na rozkładanym łóżku, obowiązkowo w piżamie. No czyż to nie bajka?
   Endospory są zdolne. Zdolne przeżyć brak wody, substancji odżywczych, światła, niskie temperatury, a nawet niekorzystne pH oraz brak miłości, ciepła, samotność, pustkę, beznadzieję, rozpacz, zapomnienie, nudę. Odkryłem, że brak ZGS również.  Aby wytworzyć endosporę, można sobie zrobić herbaty, wsłuchując się uprzednio w wielkim skupieniu w odgłosy czajnika, sięgnąć po książkę, wskoczyć do ciepłej wanny lub łóżka. I myśleć o sprzyjających warunkach. Można tak długo. Bardziej wprawieni potrafią trwać w stanie endosporycznym połowicznie żyjąc na pozór zupełnie normalnie. Myślenie bardzo intensywnie, aż do przekroczenia stężenia krytycznego wyimaginowanych warunków sprzyjających powoduje rozerwanie ściany endospory, wyrwę w suficie lub podłodze, runięcie murów, łóżkowe afery w służbach specjalnych, wariacje sejsmografów i drogę wolną. Proces ten w niektórych źródłach określa się terminem "germinacji imaginacji". Powodzenia i do usłyszenia.

***
   - Ty to jednak wariat jesteś - zachichotała Jej Wyniosłość wyplątując palce z włosów Wielkiego Korektora. Rzuciła rękopis na podłogę, ułożoną z ciętych Kamieni Spadłych z Serca, i przyciągnęła ukochaną twarz do brzucha. A potem niżej. Jeszcze niżej.
   Spod stóp dobiegały ku kochankom delikatne westchnienia.

piątek, 28 marca 2014

112 po raz drugi

   No, ktoś się wreszcie zlitował. Kolejne sto dwanaście dni. Zaczynam wierzyć, że to ważna liczba. Jak dwa albo dziesięć. Pnącza puszczają. Spadam bezradnie na trawę, zdrętwiałe nogi nie utrzymują ciężaru. Po chwili leżę z nosem w mokrej ziemi.
   Obok z trudem zbiera się karlica, ta, co wisiała na sąsiednim krzewie. Niebrzydka, tyle, że garbata. Nawet do twarzy jej z tym garbem. Kiedy spogląda mi w oczy, a potem uśmiecha się, już wiem. To ona!

piątek, 6 grudnia 2013

pnącze

   Po parku hulał podmuch. Był lekki, ale bez trudu turlał kwiaty czosnku. Wprawiał w ruch całą ich gromadę i pędził na przeciwległy kraniec trawnika, by schwytać jak najwięcej. Szepty, jęki i westchnienia wychylały się z zakamarków. Anna Maria nie mogła się napatrzeć. Kwiaty były większe od niej. Nawet zapomniała na chwilę o swym nieodłącznym przyjacielu. Garb mimochodem przeczył prawu ciążenia. Przynajmniej tu i teraz. Powoli sunęła alejką za drogowskazem „Tam dojdziesz do siebie”. Potrzebowała wytchnienia. Nie dość, że nanosiła się ostatnio czarnych skrzynek dla spóźnionych kochanków i ręce ją bolały, to jeszcze ci faceci... No, nie żeby to było jakieś nieszczęście, co to to nie, bez przesady. Próżność łechtała ją bardzo przyjemne. Ale na litość, nie tylu. Co jest grane? – myślała bez skutku.
   Minęła parę na zacienionej ławce. Otaczał ją przyjemny zapach mydła. „Mmm, trzeba przejrzeć nowy katalog! Ech, gołąbki, trochę wam zazdroszczę. Przynajmniej wam się udało.” Ból w bicepsie nasilił się na chwilę.
   Za zakrętem wpadła na nią potargana kukła.
   - Łeb jej urwę! Poćwiartuję i wrzucę do Ciemnej Rzeki!  Nie widziała pani gdzieś takich dwoje?
   - Ależ proszę pani, w tym miejscu obowiązuje cisza – ile fałszywej łagodności było w tym głosie - Proszę nie robić paniki. Tu się odpoczywa. Stanowczo proszę się rozluźnić. Tylko na to pani czekała, prawda?
   Podziałało. Z baby zeszło powietrze. Anna Maria starannie ją poskładała, pogłaskała i ułożyła na kępce aksamitnego mchu.
   - Ta to akurat dojdzie do siebie sama. To się nazywa naginanie prawa, czy coś...
   I podreptała dalej, w kierunku „Ławki schadzek”. Wpół drogi zobaczyła jego. Odruch agenta podziemia kazał jej ukryć się za krzakiem.
   - To on! – szepnął wewnętrzny głos. W głowie zahuczało, zrobiło jej się gorąco. Jaki on? Kto? Znowu? Dlaczego mnie to spotyka? Czemu muszę się tak męczyć? Już go gdzieś widziałam, pamiętam, było tak cudownie, delfiny, konie... Tak, to ooooooon! Kto? Nie wiem, ale on.
   Ruszyła wprzód. W tym momencie na garb spadła kolczasta gałąź, rozrywając ubranie. Szarpnęła się z bólu. Kolejne gałęzie wbiły się w ramiona i brzuch. Po krótkiej szamotaninie zastygła bezradnie jak ogrodowa rzeźba, cała pokryta drobnymi, krwawiącymi rankami.

***
   Powoli, ostrożnie wysuwam stopę spod kołdry. Brr, zimno! Ale sińców ani śladu. Wyczołguję się z łóżka i wpełzam w korytarz. Jest nieźle. Nic nie boli. Hura. Na portierni hotelowy boj, czyli bej, czyli gej, wręcza mi ubranie. Wyprane i wyprasowane. Jestem mu wdzięczny.
   - Buzi – i nadstawia policzek. Ja nadstawiam drugi. Trwamy tak chwilę, aż obaj czujemy zażenowanie.
   - No, dobra – cmokam go z obrzydzeniem.
   - Jest pan wolny...
  - Zasadniczo tak, ale z całym szacunkiem, ja jednak wolę kobiety... Zresztą nie do końca wolny. Niektórzy twierdzą nawet, że szybki...
   - Pan mnie źle zrozumiał. Właśnie wymeldował się pan z hotelu „Imaginacja”.
   Cholera, znowu mi się myli. Z ulgą wychodzę na ulicę. Właściwie nie mam tu nic do roboty. Mijam postaci, stragany, pojazdy, drzewa. Tak, drzewa, przytulić się do drzewa. Zapuszczam się wgłąb parku, ogrodu, czy jako to tam nazwać. Po rozległym trawniku turlają się kwiatostany czosnku. Lekki podmuch. Pięknie, prawie cicho, tylko z zakamarków wydobywają się szepty, jęki i westchnienia. Ławki, jakaś potargana kukła dochodzi do siebie. Nieźle musiało jej życie dokopać. Szkoda baby. Rzeźby ogrodowe... Hej, co jest? Ukrywam się za krzewem, aby przyjrzeć się przedziwnej konstrukcji. Coś jakby garbata karlica w barokowej pozie, opleciona dzikim pnączem. Jakby chciała czegoś lub kogoś sięgnąć. Jak patrzy! I krwawi! Trzeba ją rozplątać! Rzucam się na ratunek, ale na plecy spada mi kolczasta gałąź, dziurawiąc ubranie. Chcę się wyzwolić, lecz roślina odpowiada na każdy mój ruch kolejnymi batami. Po chwili wyglądam tak samo jak uwięziona dziewczyna. A już prawie dotknąłem jej palców. Boli. Komiczny to musi być widok. Wisimy jak amorki nad parkową alejką.

niedziela, 3 listopada 2013

Professor Noge Retlaw

   Ze wstępu do "Wiersze", Waltera Egona. Wydanie IX-te, nakład wyczerpany.

   "(...) Nie ma dogłębnych opracowań tej poezji. Wiersze Waltera Egona to swoista tajemnica. Fenomen z racji wydarzeń towarzyszących jej pojawieniu się, wyjątkowy dar dla badaczy stanu umysłu chorych psychicznie, gratka dla miłośników zjawisk nadprzyrodzonych i talentów paranormalnych.  Nie można też nie docenić prezentu dla wielbicieli poezji miłosnej. Być może cały ten "nurt egonowski" panujący obecnie wśród dekadentów nie miałby prawa bytu i nie zaistniałby, gdyby nie zniknięcie znanego w świecie nauki i biznesu doktora Mortem Posta, właściciela i ordynatora szpitala psychiatrycznego, w którym doszło do serii podobnie niewyjaśnionych zniknięć. Może należałoby uściślić tę wypowiedź - zniknięcia zostały po czasie wyjaśnione, jednak wyjaśnienia te nie zostały przyjęte i zaakceptowane. Włożono je między bajki i teorie spiskowe.
   Zastanawiających jest kilka faktów:
- brulion. Wszelkie badania brulionu wykazały duże niespójności. Okładka barwiona nieznaną techniką. Usta w srebrnym kolorze, pocierane delikatnie opuszką małego palca wydają szept w zakresie fal ultradźwiękowych, niesłyszalnych dla przeciętnego ucha, rejestrowalny jednak przez odpowiednie urządzenie. Szept za każdym razem przedstawia inny wiersz.
- kartki. Z kolei badania papieru stronic wykazały, że pochodzi on sprzed prawie stu lat. Podobnie kaligrafia.
- atrament. Skład chemiczny atramentu budzi największe wątpliwości. Przypomina ponoć łzy, zawiera sole mineralne i płyny ustrojowe. Na domiar dziwnego - ptasie. Wydziela słodkawy aromat, a kiedy zbliżyć ucho do zapisanych nim słów, usłyszeć można melodię. Co dziwne - każdy słyszy co innego, ale zawsze jest to muzyka otwierająca w nim symboliczne drzwi do krainy wspomnień i dzieciństwa. Na twarz słuchającego wypływa uśmiech pełen rozmarzenia, zwiastujący stan błogości.
- słownictwo. "kochankowie satelitarni", "dezodorant, guma do żucia", "nagrywam telefonem komórkowym", "resetować, haker, karta sieciowa", "maile" - to chyba wystarczy, by mieć pewność, że wiersze napisane zostały przez osobę, mającą współczesną wiedzę ogólną.
   Już te kilka kwestii stawia poezję Walter Egona w szeregu tekstów wartych zauważenia. Czego też gorąco życzę, zostawiając Państwa sam na sam z lekturą. Należy jedynie ubolewać, że obecne wydanie nie jest w stanie oddać niepowtarzalnych doznań związanych z czytaniem oryginału, znajdującego się w posiadaniu pewnego antykwariusza, a który niżej podpisana miała niewątpliwą radość ująć w palce, czytać, słuchać i wąchać. Bo tak powinno się smakować poezję. Za co też serdecznie panu Armandowi dziękuję.

Professor Noge Retlaw, UN Global University

   ***
   Siedzieli już trzeci wieczór przy wysuszonym zeszycie. Udało się odzyskać prawie wszystko. Żona poprawiała skrupulatnie tekst, a potem, w łóżku, z kubkiem herbaty malinowej w rękach, czytali na głoś wiersze Waltera Egona. Drugiej nocy przypadkiem usłyszeli dzwonki dobiegające jakby z kartki. Zbliżyli ucho i zdziwieni popatrzyli na siebie.
   - Słyszysz? Czy mi w uchu dzwoni? - spytał antykwariusz. Był nieco przeziębiony po dniach spędzonych na sprzątaniu mokrych zgliszcz.
   - Słyszę. To... zaraz...
   - Nie poznajesz? "Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga" - zanucił i zaraz zakasłał.
   - No, coś ty, Armand. Przecież to kolęda. "Cicha noc". Oj, pochorowałeś się nie na żarty.
   Armand nadstawił ucha, ale dzwonki już ucichły.
   - Może. Przeczytasz, bo ja...
   - Oczywiście, mój kochany.
   Oparła głowę na piersi męża i otworzyła brulion.





foto: Łukasz Gliszczyński
blisko

będę cię widział znowu

staniesz obok i uśmiech mi poślesz
dotknę cię w foyer przypadkiem
w korytarzu ciasnym i słodkim

będę żył tylko dla ciebie
boso depcząc okruchy wieczoru
dławiąc serce bo na pewno pęknie
pisklę w objęciach betonu

między gongiem a gongiem
zapomnimy o bożym świecie
zaplątani w dławisz i ciernie
blisko

jak najbliżej siebie





bezprawie

nie mamy żadnych praw do siebie
nie jestem twój a ty nie moja
w dwadzieścia sekund całe życie?
w ptasim spojrzeniu? w jednym słowie?

zabrali nam już nawet mgłę
foto: Łukasz Gliszczyński
zaćmienie i awarię światła
w bramie pod gwiazdą hula pustka
przegania dłonie straszy złem

tylko wspomnienia i marzenia
ich nie odbierze nam nikt
wolno nam pragnąć ziszczenia
niech same śnią się sny

niech nocą usta ulecą
ponad dachami srebrne ptaki
niech się spotkają prawu wspak
i gniazdo klecą

w ciemnym kominie na antenie
w rynnie pod gzymsem czy okapem
tam zapomnimy miła że
nie mamy żadnych praw do siebie

piątek, 1 listopada 2013

w drogę

   Najpierw wyłączył główne światło. W pokoju zrobiło się ciemno, jedynie refleksy monitora miarowo rozbijały mrok zielonkawą poświatą. Uchylił wielkie okno. Do pokoju wpadł chłodny powiew, niosąc ze sobą zapach wyprażonego słońcem miasta i muzykę nocnej ulicy. Mortem Post wciągnął głęboko powietrze. Chciał zapamiętać ten aromat, te dźwięki, urok tego miejsca. Tego świata. Wierzył, że wróci. Wkrótce. "Wkrótce" w tym świecie.
   Niechby go teraz widzieli koledzy z katedry. Albo ta głupawa pani redaktor, nie wierząca nawet w istnienie własnej matki, dopóki nie zobaczy jej w programie, który prowadzi. Nie wstydził się, ale był pewien, że przeszkodzono by mu. A tego nie chciał. Wziął do ręki Biblię. Przysunął krzesło do łóżka. Automat zabuczał, oparcie uniosło się i postać na łóżku usiadła. Tylko głowa skryta pod maską tlenową przechyliła się lekko na bok.
   - Witaj, Mortem.
   Popatrzył bez słowa. Otworzył księgę.
   - Dzień szczerości, co? Ale pamiętaj, ty, nie ta głupawa lektorka. Ona nawet nie umie prawidłowo wymówić eł.
   Usiadł. Zapalił lampkę przy stoliku. Westchnął.
   - No, na co czekasz? Czytaj. A jak skończysz...
   - Dobrze, już, już. Czytam - przerwał. Nachylił lampkę nad Biblię.
   - "A Jezus ponownie, okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu." - Zaczął czytać. - "Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień. Jezus rzekł: «Usuńcie kamień!» Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: «Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie». Jezus rzekł do niej: «Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?» Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: «Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał». To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: «Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!» I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: «Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić!»."
   Zamknął Biblię. Spojrzał na monitor. Tętno 142. Sięgnął do wezgłowia. Chwycił za przewód zasilający aparaturę. Szarpnął. Z głośnika dobiegł pisk alarmu. Odłączył akumulator. Maska tlenowa na twarzy postaci na łóżku zaszła parą. Mortem Post wstał i ujął w palce zdjęcie stojące na szafce. Piękna kobieta, w bujnych, złotych lokach. Fotografia w odcieniach brązu. Sepia. Przesunął opuszką po literach w dolnym rogu: Anna Maria Post.
   Odłożył zdjęcie na szafkę, obrazem do dołu.

wtorek, 22 października 2013

boli

   Tato, pocę się. Czy ptaki się pocą? Tato, jak mam dożyć do rana? Dlaczego tak boli? Co ja takiego zrobiłam? Tato, czy jeszcze kiedyś cię zobaczę?
mozaika autorstwa Moniki Kulpy
   Duszę się!

niedziela, 20 października 2013

wycie

   Wył. Wył piątą dobę, a wycie to było słychać aż po krańce Sepii. Nawet tatusiowi zrobiło się go żal i usiłował podejść, żeby pocieszyć syna, ale wycie było tak przejmujące, że się przejął. A co, jeśli mu pękną bębenki? Więc się powstrzymał. Niech tam. Ciemny Strona nie takie przeżycia miewał i wychodził z nich cało. W końcu to jego syn. Niedaleko pada jabłko do jabłoni. Zamiast więc rozpaczać nad rozlanym mlekiem, bo przy okazji, kiedy w jego uszy wtargnęła wyjątkowo niestrawna nuta z wycia syna, zadrżała mu ręka i z dzbanka wychlusnęło gorące mleko, kopnął w jabłonkę i szybkim ruchem chwycił spadające jabłko. Zaśmiał się, podziwiając swoją sprawność.
   - Bingo! Nieźle, jak na ojca takiego nieudacznika.
   W trzeciej dobie do wycia Ciemnej Strony dołączyło wycie jeszcze czyjeś. "Czczy Sepianin" donosił, że coś się święci i zamieścił reklamy białych rękawiczek, do nabycia z każdym egzemplarzem gratis. Tymczasem wprawne ucho mogło rozpoznać w tym dwugłosie dawnych wspólników - Ciemnego Stronę i Wielkiego Korektora. Kiedy jednak w piątej dobie rozległ się wyjący tercet, Jej Wyniosłość Melancholia straciła cierpliwość i przestała nad sobą panować. W zasadzie, nigdy nie panowała nad niczym, nawet nad czy też w Sepii, ale poczucie utraty kontroli dokuczyło jej mimo to. Teraz, kiedy do tercetu wyjców dołączył Jego Wysokość Sentyment, wyrwała sobie rzęsy i wyskubała brwi, na znak pogardy.
   - Jakiś ty głupi - krzyczała do Sentymenta. Nie słyszał jej, tak wył. - I o co? Dziewucha jak dziewucha, tyle, że garbata. Mażesz się jak baba. Ciuś! Ciuś! A nieładnie.
   Rzuciła mu majtki wiszące na krześle.
   - Wytrzyj się, smarki ci wiszą!
   Jego Wysokość przyłożył bieliznę do twarzy ale zaraz wybuchnął jeszcze głośniej.
   - To twooooje....! Łeeeee.....!
   Melancholia wzniosła oczy ku niebu. Podeszła do obrazu autorstwa Ciemnego Strony wiszącego nad kominkiem przedstawiającego czarną płaszczyznę, zatytułowanego "Autoportret nocą", uchyliła go i wyciągnęła stare majtki Wielkiego Korektora, zostawione kiedyś tam.
   - Masz!
   - Niewypraneeeee....! Łeeeeee...!
   Wybiegła. Wielki Korektor siedział pod Fontanną Magnezji. Moczył nogi w srebrnych strugach. Szpikulcem do lodu drapał sobie przedramię, ramię, brzuch, uda, golenie, piersi, dłonie, stopy i coś tam jeszcze. I od nowa. Cały był upstrzony krwawymi serduszkami przebitymi strzałą z podpisem "LOVE". No, może pod jedną pachą wyszła mu goła baba.
   - Nawet, nawet... - mruknęła Melancholia. Lubiła, nie widzieć czemu, patrzeć na nagie kobiety. Nagły ryk sprowadził ją na ziemię. - I ty też?
   - Annnnaaaaaaa.... - beczał Korektor.
   Melancholia wykrzywiła usta i palcami odchyliła powieki, po czym zrobiła straszliwego zeza, aż magnezja na chwilę zastygła w powietrzu.
   - Maaariaaaaa... - przedrzeźniła Korektora. Wydobyła jedną pierś z gorsetu i podstawiła mu sutek pod nos. Chwycił odruchowo, ale zaraz wypluł i załkał.
   - Twojaaaaa....! Łeeee...!
   Tego było już za wiele. Melancholia pacnęła go w tył czaszki, aż wpadł do fontanny. Odwróciła się i pobiegła w ciemność ulicy. Za rogiem przypomniała sobie o piersi.

   ***
   Stanęła przed Kamienicą pani Creims. Wszystkie okna były ciemne. Dyszała ciężko, ale bardziej z wściekłości niż ze zmęczenia. Wiedziała, co dalej. U jej stóp dziobał ufnie okruszki dwugłowy gołąb.
   - No, chodź, malutki. Chodź.
   Ptaszek przydreptał do białej dłoni. Jednym łebkiem zajrzał pod nią, drugim na nią. Nic, pusto. Dziwne, pomyślał, i to była jego ostatnia myśl. W tej chwili dłoń chwyciła go i uniosła. Melancholia jednym ruchem ukręciła oba łebki. Nawet nie pisnęły. A potem wsadziła małe zwłoki do kieszeni i spokojnie wróciła do pałacu. Rano wyrzuci je z okna wprost na rynek. A to będzie oznaczało jedno:
NASTAŁ DZIEŃ SZCZEROŚCI

piątek, 18 października 2013

posrebrzone usta

   Smród był nie do zniesienia. Tona spalonego papieru, tysiące nadpalonych książek, sczerniałe krzesła i meble, wszystko zalane wodą, mokre i polepione ze sobą. Zapach starej wędzarni pomieszany z gryzącym fetorem spalonego plastiku. Przykro było patrzeć na dorobek życia tonący w brunatnej wodzie. I nie chodziło tylko o pieniądze. Antykwariusz kochał książki. Kochał je jako cudowne przedmioty, przenoszące do innych światów. Zawsze tak opowiadał dzieciakom: książki to wrota do innych światów. Wchodzisz między półki, sięgasz książkę i wraz z uchyleniem okładki, uchylasz drzwi do jakiegoś miejsca, czasu, przestrzeni, istniejących nie tu i nie teraz.
   - Ale najpierw powąchaj - zwykł mawiać, śmiejąc się do gości. A oni śmiali się z niego, dziwaka i staruszka, nieszkodliwego fantasty. I wąchali. I rzeczywiście, wszystko stawało się inne, a  kiedy otwierali książki, odczuwali niepokój.
   - To dobry objaw. Jesteś blisko - mówił wtedy antykwariusz i odbierał monetę za książkę.
   A teraz to wszystko zamieniło się w zgliszcza. Nie miał siły myśleć, co dalej. Nic, chyba nic.
   Chlapnął butem zanurzonym w wodzie. Miał mokre skarpetki, bo buty były stare i dziurawe od spodu. Zamknął oczy. Czuł, jak stopy oklejają mu ciężkie, zimne płaty, jak spływają w jego stronę jego skarby, ukochane książki, w postaci rozpuszczonych częściowo kartek, okładek czy napuchniętych zszywek.
   Nie ma co tak siedzieć. Trzeba iść po pompę. Wybrać wodę i wziąć się za sprzątanie. Westchnął i ruszył nogą. Przykleiło się do niej coś ciężkiego. Spojrzał. A to co? Takiej książki nie miał u siebie. Znał z widzenia wszystkie swoje tomiszcza. A to nie było stąd.
   Sięgnął ręką do wody. Uniósł mokry brulion. To nie książka, to zeszyt, niby zwłoki martwego ptaka lecący przez palce. Na miękkiej okładce piękna dziewczyna o posrebrzanym uśmiechu. Dobra farba, nie zeszła w tej kipieli.
   - Mam cię, bratku - powiedział do siebie antykwariusz, mając na myśli zwęglone zwłoki, znalezione w rogu antykwariatu. Prawdopodobnie bezdomnego, który zaprószył ogień a potem w nim spłonął. Delikatnie uchylił okładkę. Na zbrązowiałej karcie atrament rozlewał się w niewyraźny napis. Z trudem odczytał wyraz:
Wiersze
   A pod nim dwa słowa, jak imię i nazwisko autora. Co to było? Waldek? Nie. Władek? Nie. Wacek? Też nie. Antykwariusz sięgnął z kieszeni lupę. Tak, to Walter, na pewno. A dalej? Egon? Tak. Walter Egon!
   Nic mu to nie mówiło. Nie znał nikogo o takim nazwisku. Zresztą, które to było nazwisko? Walter? Egon? Spróbował otworzyć kolejną stronę, ale rozeszła mu się w palcach. Nie da rady. Musi iść do domu i każdą ze stron wysuszyć osobno. Zanim się skleją na zawsze, zanim atrament zblaknie i rozpłynie się w błękitną mgłę. Rozejrzał się po antykwariacie. Co z tym wszystkim? Popatrzył na zeszyt. Jego antykwaryczny nos mówił mu, że to może być najważniejsza książka jego życia.
   Zebrał się z trudem, schował zeszyt w plastikową torbę na zakupy. Uśmiechnął się na myśl o gnijącej podłodze. Dorobek całego życia. Trzasnął drzwiami i wyszedł. Słońce wyjrzało zza chmur. To była ciepła jesień.

   ***
   Żona zrobiła mu gorącej herbaty z malin. Lubili późnym wieczorem siąść i poczytać wiersze. Ale jeszcze nigdy nie czytali TAKICH wierszy. Anonim, w dodatku rękopis pochodzący z rąk tragicznego człowieka. Co za dramat! Pierwsze strony wyschły. Ona miała nieco lepszy wzrok, więc delikatnie poprawiła długopisem rozpuszczone niebieskie linie. Teraz, oparta o ramię męża, wsłuchiwała się w bicie jego starego serca. Nieco szybsze, niż zwykle, jak zawsze, kiedy siadał do jakiejś nowej starej książki.

muszla
rośnie we mnie perła
rozsadza ściany

opowiada że kiedyś
wyłowi ją śniady nurek
o czarnych oczach
i rozdętym sercu

na razie leżymy na dnie rowu
przykrywa nas ocean


   - I co? - spytał. 
   Pogładziła go po dłoni. Pocałowała w obwisły, suchy policzek.
   - Czytajmy dalej, kochany.

sen
nocą
zakradam się do twojego snu
złodziej ust
siewca łez

wbiegam w las
głęboko
by zgubić się i nigdy nie wrócić

rano
jestem tylko korą
mchem wrzosem paprocią
pod opuszkami pierwszego oddechu

   Na odwrocie kartki był jeszcze jeden wiersz. Resztę odłożyli na jutrzejszy wieczór. Kartki musiały wyschnąć.

pi
nie mamy dwudziestu lat ty może trochę mniej
kochankowie satelitarni po drucie i przez drzwi
za nami bagaże zdarzeń nieskończoność pi
ośmielamy się marzyć wierzymy w sny

po dwu stronach ulicy rozpalone lampy
co nie gasną ze świtem uwięzione we mgle
trąbią na nas i krzyczą obcinają cień
księżyc i słońce tropią noc i dzień

w bramach chowamy serca lepione co rano ze słów
po oczach widzimy że złuda że bańka mydlana że pył
gdyby się mogło udać udałoby się już
jak długo na takie szczęście starczy sił?

   W nocy, kiedy jak zwykle nie mogąc spać, antykwariusz wpatrywał się w małą lampkę zawieszoną na krawędzi obrazu "Jelenie na rykowisku" sprzed stu pięćdziesięciu lat, poczuł, że drgnęło pod nimi łóżko. Zachichotał i położył pod pierzyną dłoń na kanciastym biodrze żony. Zegar uderzył dwa razy.

czwartek, 17 października 2013

noc

   Tańczyli od dobrych czterech godzin. I od dwóch złych. Minęła północ, karoca z dyni odjechała, pantofelek ze szkła pełen piwa, w którym nurzały się niedopałki cygar, stał na drewnianych schodach. Orkiestra typu jazzband kołysała się na niepewnych nogach, sącząc w zadymioną przestrzeń baru oszczędne solówki - to kontrabasu, to trąbki, to perkusji. Tylko gitara łkała nieprzerwanie, na jedną nutę, na jeden ton, na jeden. Barman siedział za barem, opierając głowę na ręce, z której zwisała wilgotna zakrwawiona szmata. Z koła po sufitem ściekały stalaktyty roztopionego łoju ze świec. Płomyki bujały się jeszcze leniwie, to w lewo, to w prawo, zupełnie jak dwie pary na środku baru.
   Do północy odbijali jeszcze trzy razy. Raz tańczyli nawet Johnny z Korektorem i Anna Maria z Damą kier. To wtedy wypalił rewolwer. A dokładnie wówczas, gdy gitarzysta zrobił efektowną pauzę. Zamarli na ułamek chwili, ale to wystarczyło. Odrobina bezruchu. Lufa rzygnęła ogniem, a broń targnięta siłą bezwładności runęła w stronę ściany.
   Nie było wiadomo, kto dostał. A tym bardziej - za co. Ale kropki krwi na deskach podłogi mówiły same za siebie. Ktoś broczył.
   Po północy przeszli na blues. Tango "Za Bary" wybrzmiało aż po trzask odpadającego obcasa, gdy Wielki Korektor zahaczył o stopę Anny Marii podczas efektownego corte. Właśnie chylił głowę, by ucałować drobną dłoń, gdy uświadomił sobie straszliwą prawdę. Cmentarz! Melancholia! Spotkanie!
   - A to pech - rzucił, pochylony nad ręką Anny Marii.
   - Nie, całkiem fajnie - odparła, dotykając wierzchem dłoni jego ust.
foto: Łukasz Gliszczyński
argoth.pl
   Ale jego już nie było. Zniknął. Tylko drzwiczki do saloonu bujały się to w tę, to w tę. Aktualnie w tę.
   Anna Maria wzruszyła ramionami. Była przyzwyczajona, że mężczyźni ją porzucali. Z racji garba. Jednak trochę było jej żal. Uroniła łzę.
   Johnny Biling trzymał opadającą z sił Damę kier. Tyle godzin upojnego tanga z setką wytwornych figur i tupań zrobiło swoje. Leciała przez ręce.
   - No, o co tam chciałaś spytać?
   Dama kier z trudem uniosła na niego oczy.
   - Kogo... szukasz...?
   - Egon. Walter Egon. Mówi ci to coś?
   Milczała. Oparła głowę na jego ramieniu i milczała. Może spała.
   - Ej, ty! Nie śpij! Nie śpij, mówię!
   Nie reagowała. Już nawet nie przemieszczali się w tańcu, tylko bujali na boki. Potrząsnął nią. Nic, tylko głowa Damy kier opadła do tyłu. W sufit wpatrywały się zmatowiałe oczy. Puścił ją. Powoli osunęła się na podłogę. Kiedy ręką uderzyła w krawędź kontrabasu, Johnny Biling zrozumiał.
   Kula z rewolweru wyszła jej bokiem.
   Biling splunął i chwycił kapelusz, wiszący na rzemieniu na plecach. Popatrzył na Annę Marię. Siedziała przy stoliku z głową opartą czołem o przedramię. Spała. Czekała na poranną kawę i pierwszy dyliżans. Nie było sensu jej budzić. Barmana też. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Zamknął oczy. Podniósł rewolwer, wepchnął do pochwy i wyszedł. Za barem odlał się, opryskując zielony rower. Potem wsiadł na niego i popedałował naprzeciw przygodzie.

środa, 16 października 2013

jak to?!!!!!!!

foto: Łukasz Gliszczyński
   Była wściekła. Jak to?! Umówiła się z Wielkim Korektorem na Cmentarzu Nienarodzonych i Niespłodzonych, po południu, i co?!!! Jak on śmiał?!!! Nie przyszedł!!! Nie było go!!! Nawet się nie spóźnił. Po prostu nie przyszedł.
   To koniec. Koniec ze słodkim "mhmmm" szeptanym prosto do ucha. Koniec z dotykaniem palców i odpinaniem naszyjnika. Nie pozwoli!!! Zatupała nogami, aż Jego Wysokość Sentyment oderwał wzrok od jej falującego biustu.
   - Ależ Melancholio, rozgniotłaś właśnie trzy wspomnienia. Popatrz tylko pod nogi. O laleczce z dzieciństwa, o naszym pierwszym pocałunku i... - Sentyment schylił się i podniósł suchy, połamany listek - o, zobacz, co zrobiłaś? Mamusia...
    Uśmiechnęła się sztucznie. Odwróciła do okna.
   Cymbał. Tylko te wspomnienia i sentymenty. A gdzie był, kiedy Korektor wodził za nią swoim korektorem, ha? Kiedy ją korygował, dopieszczał i karcił?
   O, okrutny! To koniec! Już nigdy nie przyzna się do błędu, żeby mu sprawić frajdę. Dość. Gdzie on jest, do tysiąca okruchów wspomnień?!
   Cóż z tego, że ona nie przyszła na Cmentarz?! On miał być! Drań i swołocz! Już ona to sobie zapamięta. Niedługo Dzień Szczerości...
   W jej oku błysnęła iskierka radości. Ale zaraz pierzchła, przestraszona.

wtorek, 15 października 2013

robota

   - Ale ja już mam robotę. Szukam... - zdziwiony, jakby dopiero teraz je zauważył, Johnny Biling popatrzył na swoje dłonie. Smagłe, smukłe, opalone, z ciemnym, podniecającym włosem, zachwycały go. Delikatnie je ucałował.
   - No, kogo? - szepnęła mu w ucho Dama kier.
   - Ja mogę... - opuścił ręce i sięgnął bez trudu do rozporka. Przed oczami przeleciały mu wspomnienia: opasły brzuch, którego nie mógł objąć i cudze dłonie zaciśnięte na jego penisie, którego nie mógł zobaczyć. Łza zakręciła mu się w oku.
   - Tak, możesz - Dama kier chuchała mu w ucho gorącym oddechem o zapachu piwa i cygara. - Ale nie musisz.
   Sięgnęła do jego krocza i zaczęła rozwiązywać skórzany trok. Chwycił ją brutalnie za przegub.
   - Ale ja chcę. Niczego bardziej nie pragnąłem w życiu.
   - Okej, gringo. Jak skończysz, pogadamy.
   Jak skończył, pogadali.
   Był w dobrym humorze. Nawet kiedy do saloonu weszła para skryta pod parasolem, chichocząca bezkarnie, nie zareagował. Wpatrywał się w pląsające, niczym czerwone robaki, lśniące usta Damy kier. Czuł się cholernie pewnie. Jak dawno, jak bardzo dawno temu, zanim jeszcze tatuś kazał mu zjeść dwa kilogramy czekoladek, z których ukradł dwie przed świąteczną kolacją. Od tamtej pory tył i tył, aż zrobił się wielki jak góra. Ale to było nie tutaj. Nie bardzo wiedział, gdzie, ale nie tutaj. Gdzieś, gdzie nazywał się Misiek.
   - Johnny Biling - wymamrotał uwodzicielsko.
   - Ty mnie nie słuchasz! - prychnęła Dama kier.
   Uśmiechnął się.
   - Zamknij się, dziwko. - Wypowiedział to jednym tchem, bez zadyszki, a policzki nie falowały mu i nie biły bezwładnie o zęby. Położył rewolwer na stoliku. Lufą od siebie. Zakręcił. - Na kogo wypadnie, na tego bęc!
   Zaśmiał się, ale ten śmiech nie był już taki, jak kiedyś. Nie brzmiał, jak uderzenie pioruna, jak huk spadającego do studni wiadra, tłukącego o cembrowiny. To był zwykły, chudy śmiech. Rewolwer kręcił się jak bąk.
   Dama kier odruchowo odchyliła się i zakryła dłońmi piersi.
   Orkiestra nerwowo sięgnęła po instrumenty. Szyld "Bar Straceńców" zadrżał i przechylił się lekko na stronę straceńców. Ram, pam, pam, pam, param, pam, pa, ram zabrzmiała muzyka. Rewolwer nieco zwolnił.
   - O, tango! - rozpoznał Biling.
   - Tak. "Za Bary". Zatańczymy?
   Johnny Biling przełknął. Nigdy w życiu nie tańczył. Ale zawsze pragnął. Co za trema! Co za napięcie! Czuł, jak w podbrzuszu pęcznieje mu wielki balon, jak podciągają mu się jądra i pęcznieje fallus. Gorąco uderzyło mu na twarz i w piersi. Poluzował kołnierzyk. Chwycił Damę kier za rękę. Szarpnął. Poderwał. Przygniótł karalucha obcasem, jednocześnie krzesząc między paznokciami skrę, od której zapalił grube cygaro. Trzymając je w zębach, ruszył na środek baru.
   Kiedy stanęli pod świecznikiem z koła wozu, naprzeciw siebie, trzymając się za wyprostowane sztywno ręce, kiedy Dama kier odrzuciła w tył głowę, jedną dłoń opierając na piersi Johnny'ego i wysunęła do przodu prawe kolano, a piersi uniosły jej się pod naporem ekstatycznego westchnienia; kiedy Johnny Biling szarpnął ją do siebie i mocno chwycił za bary, pistolet się zatrzymał. Lufą skierowany był w ich stronę. Tyle, że teraz oni wirowali.
   Dama kier odsłoniła zęby i z dzikim warknięciem odgryzła pół cygara. tkwiącego w ustach Bilinga. Pół z żarem. Napięła się, wykonując gorącą volcadę. Dym poszedł jej uszami.
  - Pięknie! Ciach! - rzucił Johnny i wykonał ostry, szybki tap. Potem igła i energiczne enrosque. I tak kilka razy.
   - Ale kręcisz! - Dama kier wypluła kawałek cygara. Dymiący niedopałek odbił się od wielkiego świecznika pod powałą i spadł za bar. - Za bary! - krzyknęła i huknęła obcasem o obcas. Kręcąc się jak szaleni znaleźli się nagle przy ladzie. Dwie szklanki z winem pofrunęły do ust.
   - Za bary! - nie przestając tapować krzyknął Johnny. Spodziewał się usłyszeć tubalny głos, tymczasem z wątłego ciała wydobył się skrzek połączony z piskiem. Nie wypadło to najlepiej. Dama kier skrzywiła brwi. - No, kogo szukasz, Johnny?
   Johnny Biling nie słyszał. Krew buzowała w nim jak woda w samowarze. Myślał tylko o jednym. O lufie, drżącej na blacie stolika. Czekającej na chwilę bezruchu.
   Przy stoliku obok klasnął składany parasol. Bezkarny chichot potoczył się po deskach. Para zerwała się i ruszyła do tanga.

   ***
   - Ślicznie pani wygląda!
   Uśmiech Anny Marii wymknął się spod kontroli i rozpełzł bezczelnie od ucha do ucha. Siłą woli zaprowadziła dyscyplinę na swojej fizjonomii. "Czy to się dzieje naprawdę? On, Korektor, autor przełomowych teorii, rozpraw wywołujących trzęsienia ziemi i ona, garbuska ze zmutowanymi gołębiami… I jeszcze to miejsce. Najbardziej pożądana mordownia w Sepii."
   - Bez jaj. To znaczy... dziękuję.
   - Nie przeszkadza pani dym?
   - Wręcz przeciwnie. Nie widać mi pryszczy. - Wielki Korektor przechylił Annę Marię. Spojrzała do góry nogami na tapetę za nimi. - Ale brudna ściana!
   Ram, pam, pam, pam, pa, rarara, ram, pam, pam, pam grzmiała orkiestra. Gitara brzęczała dźwięcznie.
   - To "Bar Straceńców", droga pani.
   "Czy to się dzieje naprawdę? Ona, prawdziwy talent, nieświadoma swojej siły tytanka i ja, przegrany, skazany na łaskę dworu, uwiązany jak pies do Jej Wysokości."
   - Jestem Anna. Maria.
   - Tak, wiem...
   - Skąd?
   Dwa kroki w lewo, planeo, dwa kroki w prawo, lapiz i tap.
   - Widziałem panią... cię pod szafotem. Miałaś takie wielkie oczy. Nie mogłem zapomnieć...
   Anna Maria nie słuchała. Taniec ją porwał i unosił gdzieś daleko.
   - Słynne tango „Za bary”! Od zawsze mnie dziko fascynuje. Mówią, że trzeba się trzymać za bary, że przesąd taki. Jak się przytulisz, stanie się coś złego. Ależ ten jazzband ryczy! Z dziką rozkoszą.
   - Jesteś piękna!
   - Cudownie tańczysz. I masz silne ramiona.
   - Ty też.
   - A, tak, to od noszenia skrzynek kontaktowych dla spóźnionych kochanków.
   - To ty?
   - Cóż…
   Ram, pam, pam, pam, ram, pam, pam, pam...
   - Twoje włosy tak pachną, cała pachniesz jak węglowa kuchnia, jak czajnik, jak ciepłe łóżko, co ja gadam… Przytul mnie.
   - Och, bo się przewrócę…
  Korektor poczuł uderzenie w ramię. Obejrzał się niechętnie. Chudy rewolwerowiec z pochwą przy udzie.
   - Odbijany - szepnął rewolwerowiec. I odbił mu Annę Marię.

   *niniejszy post zawiera w sobie materiał stworzony przez la vida es

wtorek, 1 października 2013

może pani pozwoli

   - Pani Pawłowska, może pani pozwoli do mnie. Mam kilka pytań.
   Kiedy doktor Mortem Post mówił "może pani pozwoli" czy "proszę", oznaczało to, że ma kłopoty. A to było jednoznaczne z tym, że kłopoty ma ten, do którego mówił.
   Mortem Post był zaskoczony. Najpierw zniknęła ta córeczka polityka, potem ten jej gach, Egon, a teraz głupi sanitariusz, Klepacz. O Klepacza to już był w ogóle spokojny. Mięczak i tchórz, wystarczyło postraszyć go zwolnieniem a już kłaniał się w pas. Jak tak dalej pójdzie, to za chwilę zamkną szpital. Przecież ktoś się musi zorientować.
   Weszła Pawłowska.
   - Jestem, panie...
   - Niech pani mi powie, pani Pawłowska, czy Klepacz był na dyżurze do końca?
   Kobieta potarła nos.
   - Tak... No, chyba...
   - Tak, czy chyba tak? Widziała go pani rano?
   - Rano? Nie... chyba nie... nie, nie!
   Post stanął przy oknie.
   - A kiedy ostatnio?
   Pawłowska przełknęła ślinę.
   - Wie... wiem, już wiem! Mówił, że idzie myć tego, no, spod czwórki. A potem jeszcze tych spod siódemki.
   Post odwrócił się z otwartymi ustami. Klasnął w dłonie.
   - Myć? A od kiedy to myjemy pacjentów w tygodniu? Gdzie pani była w tym czasie?
   Z rąk Pawłowskiej wypadł długopis. Stuk rozpruł powietrze.
   - Gdzie, pytam?!
   - No, w dyżurce przecież...
   Mortem Post huknął dłonią w biurko.
   - Seriale, co?! Ja wam dam seriale!
   - Panie dyrektorze, ja - Pawłowska zachlipała - ja...
   - Cisza! - Post usiadł. Zacisnął szczęki. - Proszę teraz iść i przeszukać cały szpital. Zamknięte piętro też. Nie pójdziecie do domu, dopóki nie powiecie mi, co się z nim stało.
   Pielęgniarka złożyła ręce, jak do modlitwy.
   - Ja muszę...
   - Pani Pawłowska - zimno przerwał Post - jeszcze słowo i zwalniam panią dyscyplinarnie.
   Uwierzyła. Wyszła.

   ***
   Dwie godziny później Mortem Post stał nad metalowym stołem w piwnicy. Przed nim, na blasze, z głupim uśmiechem leżał Walczak. Doktor trzymał rękę na przełączniku transformatora. Wskazówka woltomierza drżała delikatnie. Głowę Pojarki obejmowała metalowa obręcz z gumowymi kółkami na skroniach. Spod gumy wystawały kawałki wilgotnej szmatki. Jarzeniówki buczały a Walczak posapywał.
   - Więcej nie będziesz musiał prosić o papierosy, wiesz, Walczak? To w nagrodę, że powiedziałeś prawdę. Bardzo mi pomogłeś. Teraz ci podam zastrzyk. Normalne tego nie robię, ale dla przyjaciół, wiadomo. Żebyś się nie bał, tak?
   Doktor odłamał ampułkę. Zanurzył igłę i naciągnął płyn do strzykawki.
   - Tak, bo on mie nie lubił, to ja go nakrzyczałem, bo on mi zabierał papierosa, a masz papierosa? Zostaw pojarkę, to ja go złapałem za rękę i wy wygłem i on zaczął krzyczeć. A masz papierosa? Zostawisz pojarkę? Zostaw! I tak trzasło i on krzykł a  potem już go nie było! Nie było! Hurra! A masz papierosa? Daj papierosa... daj... pia...  pe... sa...
   Kiedy Walczak przestał pleść, Post wepchnął mu między zęby kołek z twardej gumy. Policzył do trzech i przekręcił włącznik.

   ***
   Stara szkoła jest najlepsza. Tak uczyła go mama. I może jeszcze będzie uczyć. Jak się postara, jak odnajdzie Egona. Na razie musiał tu trochę posprzątać, a potem ruszyć za nimi. Tam, gdzie nie miało prawa być niczego. Do miejsca, w które nie miał prawa wierzyć. W sposób, jakiego nigdy by się nie domyślił.
Tomek Przybylski jako Doktor w sztuce "Nie cały minę czyli menuet z pogrzebaczem"
 wg Grochowiaka/Trupy Propaganda, foto: Jacek Olejnik
   Przed nim, na blaszanym stole leżał Walczak. A raczej to, co z niego zostało. Stara szkoła. Co tam tabletki, terapie, wstrząsy cała ta pieprzona nauka. Szpikulce do lodu. Stara szkoła. W każdym oczodole, tuż ponad gałką oczną, po jednym. Nawet nie trzeba być supermenem. Wchodzi jak w dobrze wypieczony chleb. Tylko chrupnie i już. Na osiem centymetrów. A potem po trzy ruchy w lewo, po trzy w prawo i wyciągamy. Najtwardszy Lecter zamienia się w owieczkę. Lichą owieczkę, w dodatku. Taką bez życia. Co jej z pyska trawa leci. Żadnego więcej oporu, żadnego buntu, krzyku, nic. Spokój i cisza. Swoją drogą, co za cholera, ten mózg. Jakie to tam figle się kroją w środku.

    Wyciągnął szpikulce. Nałożył na opuchnięte oczy Walczaka gazę i przykleił plastrem. Przez dwa tygodnie będzie miał czarne oczy, a potem śladu nie zostanie. I nikt więcej nie pozna tajemnicy przejścia.

czwartek, 26 września 2013

Johnny Biling

   Johnny Biling stanął u wlotu ulicy. Albo u wylotu, zależy z której strony patrzeć. Inaczej, niż z coltem, który zawadiacko sterczał z pochwy przy jego udzie. W przypadku colta zdecydowanie lepiej było być z właściwej strony.
   Dziwnie się czuł z pochwą. Nie miał nic do kobiet, tym bardziej do mężczyzn, ale pochwa? W dodatku przy udzie. Cholernie niewygodnie. Jak już skasuje za to zlecenie, zrobi sobie plastykę.
   U wylotu ulicy, albo u wlotu, zależy, czy patrzeć z jego strony, czy ze strony Tego Drugiego, stał Ten Drugi właśnie. Ten Drugi był szybki. Może najszybszy w całej Kalafonii. Listy gończe nie mogły go dogonić. Gnały jak oszalałe po Kalafonii, ba nawet zapędziły się do Winnicji, skąd z wielkim hukiem odesłała je ciotka Umierała, a i tak Ten Drugi był zawsze o krok przed nimi. W dodatku piekielnie szybko wyciągał swojego colta z pochwy. Był niesamowity. Nosił czarny, skórzany płaszcz podszyty strachem, czerwone szorty i biały podkoszulek na ramiączkach, jeszcze z przedszkola. Kobiety za nim szalały. Bały się, żeby tego nie zauważył, więc szalały za nim. Kiedy tylko się odwracał, stały jak dziewusie do komunii. Napalone na prezent i gównowiedzące. Do kobiet też nic nie miał. Za to miał do Johnny Bilinga. Że go ścigał. Że chciał mu wpakować kulę w brzuch. Niechby go zastrzelił, ale kulę w brzuch? A może od razu wózek inwalidzki?
   Johnny Biling zrobił dwanaście kroków do przodu. Stanął na klapie studzienki kanalizacyjnej. Spod nóg, wokół niego, biły strumienie gorącej pary, od której schodziła mu skóra z torby. Nucił spokojnie "Hallelujah". Na zmianę z "Killing me softly". Patrzył w dół ulicy.
   Ten Drugi zrobił kroków trzynaście. To była jego szczęśliwa liczba. Nic nie nucił. Muzyka go wkurwiała. Patrzył w górę ulicy.
   Nie wiadomo, kto był szybszy. Wszystko trwało ułamek chwili, jak wtedy gdy zostajesz sam jak palec na całym świecie. Gdy mówisz: to koniec. Kiedy przestajesz kochać a zaczynasz nienawidzić. Nie zdążyli mrugnąć okiem. Nie zdążyli przeżyć życia. Nie zdążyli umrzeć.
   Kula trafiła Tego Drugiego w brzuch. Gumowy koniec, zabezpieczający przed ślizganiem się po podłodze wydał głuchy bek, kiedy wbijał się przez pępek w kiszki Tego Drugiego. Flaki wypadły na bruk. Sine i cuchnące.
   - Coś ty żarł? - spytał Johnny.
   - Mortadelę - odparł resztką sił Ten Drugi. - Ale była nieświeża. Przepraszam.
   - No, to wszystko jasne. I co teraz zrobią twoje dzieci? A żona? A teściowa? A twój pies? Będzie ci mordę lizał?
   Ten Drugi splunął krwią.
   - Nie dobijaj mnie.
   - A udław się, dziadu - rzucił nonszalancko Johnny Biling i wyjął colta. Skierował lufę w okna kamienicy i strzelił. Nie trafił. Kula odbiła się od ściany, od rynny, od latarni, od bruku, od latarni, od skrzynki na listy i wpadła do ust Tego Drugiego. Nie był na to przygotowany. Odruchowo wziął głęboki oddech i po chwili zsiniał. Udławił się ołowiem.
   Johnny Biling ruszył w dół ulicy. Zatrzymał się przed saloonem. Pchnął bujane drzwiczki i stanął w zadymionym wnętrzu. Dziwki rzuciły mu się do stóp. Był najszybszy. I nie miał nic do kobiet.
   Usiadł przy stoliku karcianym. Poker. Twarz pokerowa. Zastrzelił graczy i zgarnął wygraną.
   Wtedy podeszła do niego kobieta.
   - Jak cię zwą?
   - Johnny Biling.
   - A nie Misiek?
   Skamieniał. Coś mu świtało. Mortem Post. Egon. Jasny kutas! Co jest grane?
   - Jeśli już, to Pan Misiek.
   Dama kier roześmiała się zdrowo.
   - Spokojnie, Johnny Biling. Mam dla ciebie robotę.

środa, 25 września 2013

różyczka

   Jej Wyniosłość opadła pomiędzy purpurowe poduchy ze złotymi... ozdobami. Ten bałwan Sentyment znowu igrał ze wspomnieniami. Pokazywał im stare zdjęcia, zbok. Na jednym z nich ona, kilkuletnia dziewczynka o lśniących, czarnych włosach, w sukience z falbankami i lakierkach. Wśród plamek światła pomiędzy liśćmi, na śliskiej od rosy i pociemniałej ze starości kłodzie. Na innym - za rękę z Tatą w mundurze wysokiego rangą wojskowego. Zabójczo przystojny. Falująca grzywka, krótki wąs, błysk w oku. Magnetyzm. Po latach zrozumiała, że jego spojrzenie hipnotyzowało nie tylko ją i dlaczego mama tak strasznie płakała. I dlaczego znikał z domu częściej i częściej, aż wreszcie zniknął całkiem.
   Potem przyszedł czas przemian w kraju i w niej. Trudny wiek, choć wiek nie trwał, a zaledwie kilka lat. Mało pamięta z tamtych dni. Była muzyka, sporo ludzi, odurzenie. Głównie odurzenie. Lśniący od deszczu bruk, para wodna ze studzienek, zmoknięte strusie pióra, ciągnący się po ulicy obszarpany tren, rozmazana szminka i przebłysk świadomości: coś muszę zrobić ze swoim życiem... A że akurat przechodziła obok Wielkiej Loterii, kupiła los. I wygrała. Sentymenta. Szalała ze szczęścia. Będzie Królową, Królową, Królową!!! Cóż za zmiana, jak wspaniały obrót spraw. Odurzenie przeminęło bezpowrotnie. Sentyment obsypał ją prezentami, pisał dla niej głupkowate wiersze, stroił się w wykończony złotą taśmą aksamit i pantofle z klamerką.
   Ceremonia Ślubna przerosła wszelkie oczekiwania i poświęcono jej cały numer "Czczego Sepianina". Potem ta cudowna gra wstępna, te przekomarzania, słodkie spojrzenia, te wyrafinowane potrawy, muzyka, liściki, poezja, i znów spojrzenia, stół, patefon, papier i tak w kółko, aż po dziś dzień. Lud był co prawda głupi, ale nie aż tak, w końcu przylgnął do niej ten wstrętny przydomek. Melancholia. Jak kula u nogi. Jak kajdany. Jak stryczek. Czasem, gdy wezwała Korektora, lub gdy Ginekolo Ga rzucał się na jej orGany, udawało jej się spławić Pustkę, Niedosyt i Niespełnienie, ale zawsze wracały. Łajzy.
   Dłoń o czarnych paznokciach rozsunęła zasłony. Melancholia spojrzała w okno na ogród w stylu nonszalanckim, pełen tajemniczych zakątków. Mama mówiła do niej: "Różyczko".