czwartek, 25 lipca 2013

Jej Wyniosłość Melancholia

   Tego akurat wieczoru Pałac Ich Rozkoszności skierował wszystkie swoje sto jedenaście okien w stronę bladego nieba. Tej akurat nocy wszystkie sto jedenaście księżyców miało znaleźć się na firmamencie jednocześnie, obok siebie, tworząc niepowtarzalne widowisko, wnoszące w życie i nieżycie mieszkańców Sepii dużo frajdy. To był dobry znak. Wszyscy wychodzili na balkony, tarasy, stawali w oknach, zerkali w Oka Ważek, żywe lunety wynalezione i wykonane na dziewięćdziesiąte dziewiąte urodziny Jej Wyniosłości Melacholii przez Wielkiego Korektora. Stary lizus. Wszyscy w Sepii dostrzegali jego zapędy względem Jej Wyniosłości, jego lekceważący stosunek do osoby Jego Wysokości Sentymentu, jego drwiące uśmiechy i półgębkiem rzucane komentarze. Wszyscy, oprócz samego Jego Wysokości. Nieszczęsny władca, zaślepiony i zniewolony przez swoje marzenia. Oddałby i oddał wszystko, by marzyć. A był w tym naprawdę dobry. Nikomu nie realizowały się marzenia tak szybko, jak Jemu. Miał prawdziwy Talent. I tak naprawdę, to właśnie chroniło go przed zakusami Korektora.
   Trzeba przyznać, że Wielki Korektor odwalał kawał ciężkiej roboty. Gdyby nie jego codzienne, mozolne wyliczenia i sugestie, sto jedenaście księżyców Sepii już dawno spadłoby na głowy mieszkańcom. A przecież za rok będzie ich sto dwanaście. Za dwa lata... Strach pomyśleć.
foto: Łukasz Gliszczyński argoth.pl
   - Wielki Korektorze, czy myślisz, że to mądrze, tak stwarzać księżyce bez końca? - Jej Wyniosłość Melancholia oparła kształtną brodę z ciemnym zarostem, golonym w maleńkie błyskawice, na ramieniu mężczyzny. Korektor drgnął. Dreszcz przebiegł po jego ciele, zeskoczył na czerwoną podłogę ułożoną z Kafli Samobójców i pognał, piszcząc cieniutko w stronę kominka. Po chwili misternie układane przez Jego Wyskość Sentyment polana osunęły się w popiół. Chmura pyłu buchnęła w stronę komnaty. Korektor zmarszczył brwi i popiół zawrócił do komina.
   - Księżyce nie są celem, Pani.
   - Mianowicie?
   - Celu nie zna nikt. Czynię jedynie zbędne rzeczy, aż uczynię wszystkie, Wówczas zostanie jedynie cel.
   - I go poznamy - dodała Jej Wyniosłość, chuchając w ucho mężczyzny. Kolejny dreszcz, tym razem gorący, wręcz rozpalony, runął po szacie Korektora, a kiedy dopadł polan, zaskwierczało, zaiskrzyło i ogień błysnął wśród drew.
   - Właśnie.
   - Szkoda, że z moim mężem nie można porozmawiać o takich smutnych sprawach.
   - Jest przeciwieństwem Ciebie, Pani. Twej wzniosłej i smutnej mądrości, Twego przeogromnego, pełnego zrozumiena i zadumy smutku.
   - Ma dobre wspomnienia. Dzięki nim Lud jest szczęśliwy i go kocha.
   - Niewątpliwie.
   - Jednak?
   - Nigdy nie wątpi, Pani. Nie trapi się. Nie waha. Nawet jego koszmary są pełne śmiesznych zdarzeń.
   Jej Wyniosłość Malancholia zaśmiała się nieznacznie, zaraz jednak położyła sobie dłoń na ustach. Korektorowi też. Dreszcz sprawił, że włosy na głowie mężczyzny uniosły się o cal, po czym zeskoczył z opuszków jego palców. Czerwona płyta u stóp Jej Wyniosłości pękła z trzaskiem.
   - Pamiętam - westchnęła. - Co to było, gdy wymarzył Prawy Profil? Spotkał potem swojego dawnego nauczyciela wuefu, tego opoja wytatuowanego w gołe baby i kotwice. Bał się go przez kilka lat szkoły. A tu bydlak pośliznął się tuż przed moim Sentymentem i skręcił kark. Wyjątkowe.
   - Taaak...
   Korektor czuł zapach skóry Jej Wyniosłości. Kręciło mu się w głowie. Nie będzie lepszej chwili.
   - Pani, wybacz, że poruszam ten temat, ale pragnę poznać Twoje zdanie, zanim podejmę stosowne kroki.
   Jej Wyniosłość Melancholia odwróciła się w stronę kominka. Ogień strzelał wesoło. Zbyt wesoło. Zgasł.
   - Chodzi ci o tę garbatą?
   - Tak, Pani. Powiedz tylko słowo, a jej koszmary ją przerosną.
   Jej Wyniosłość patrzyła w dymiące polana. Tak lepiej.
   - Sprawa nie cichnie. Masz rację. Ale on ją kocha.
   - Zatem?
   Jej Wyniosłość podeszła do okna. Uchyliła skrzydło i z perłowego parapetu zgarnęła nieco brązowego popiołu. Ulepiła z niego kulkę, a potem laleczkę. Lalka miała na plecach wypukłość.
   - Poczekajmy do Dnia Szczerości. Poświęcę swoje pytanie.
   Pstryknęła paznokciem w wypukłość.
   Wielki Korektor skłonił głowę.
   - Jak sobie życzysz, Pani.

   * * *

   Anna Maria poczuła nagły ból w okolicy garba.

   * * *

   Barbie Turan jęknęła przez sen. Pogładziłem delikatnie ścianę za głową.
   - Śpij, kochana, śpij.

wtorek, 23 lipca 2013

ŁAWKA ZAKOHANYCH

   - Może siądziesz w cieniu?
   Ławka stoi w słońcu. Jest rano, ale słońce wisi wysoko i praży. Bolą mnie blizny na skroniach. Mam tam wygolone, przypalone placki skóry, powoli zachodzące strupem.
   - Za chwilę, dobrze? - odpowiada Barbie Turan. - Tak rzadko mam okazję nacieszyć się słońcem.
   Jest piękna. Kiedy się uśmiecha, ja też się uśmiecham. Nie sposób się powstrzymać. Usta niczym złożony liść, żywy i soczysty. Tyle razy gładziłem je opuszkiem. Nigdy.
   Lekko zadarty nos. Czubek nosa. Koniuszek. I smutne oczy. W promiennej twarzy smutne oczy. Nie wie o tym, ale kiedy się zamyśla, jej oczy przepełnia smutek. Nie mówię jej tego. Uwielbia być najszczęśliwszą kobietą na świecie. I będzie. A może jest? Tylko skąd ten smutek?
   - Nie siądziesz?
   Oczywiście, tylko że... Zaciskam zęby i przysiadam ostrożnie na wyślizganych deskach. Kiedy się podpieram, palcami natrafiam na żłobienia. Zerkam. "ŁAWKA ZAKOHANYCH". Syczę.
   - Coś cię boli?
   - Nie, nic takiego.
   Boli, oj boli! Kiedy Post zafundował mi elektrowstrząsy, tak mnie ścięło, że filiżanka ukryta między pośladkami trzasnęła na kilka kawałków. Gdyby nie Monsieur Tourette i Pojarka, który szukał mi w gaciach fajek, pociąłbym sobie tyłek również w poprzek. Skończyło się na kilku dziurach w pośladkach i zakrwawionym prześcieradle, które na drugi dzień podmienił ze swoim Wojtek, bo by mi jeszcze Misiek spuścił manto. Szkoda filiżanki.
   - Wiesz, Walter, ojciec powiedział, że niedługo wyjdę. Rozmawiał z doktorem Postem. Podobno ma dla mnie jakieś nowe leki, po których na pewno będę mogła iść do domu.
   Udaję, że jest mi smutno. Że wierzę. A przecież wiem, jak się skończy. Ojca Barbie nie będzie przez kilka najbliższych miesięcy, Post zainkasuje kupę szmalu na swoje badania, a Barbie Turan wykona kilka pięknych naszyjników z nowych pastylek.
   Gdzieś z góry dobiega delikatne gruchanie. Na lampie siedzi ptak.
   - Kiedy byłam mała, lubiłam przebywać z mężczyznami. Później, kiedy podrosałam, też. Najlepiej czuję się w towarzystwie mężczyzn. Nie wiesz, co to oznacza?
   Gołąb. Przekrzywia łebek i grucha.
   - Może dlatego, że z wami zawsze można się pośmiać i powygłupiać.
   Tasuje obrazki. Święte i święci. To dzięki nim jest zdrowa. Tak uważa. Niekiedy myślę, że ma rację. Jest mądra, jak królowa. Jak matka.
   - Może - mówię i zerkam na jej dłonie. Ma piękne dłonie, o smukłych palcach, delikatnych opuszkach i zadbanych paznokciach. Ale nie teraz. Nie teraz, po powrocie z domu. Kiedy wraca z przepustki, po kilku dniach pobytu u ojca, paznokcie ma obgryzione do krwi. Ale jakby w ogóle tego nie dostrzegała. Nie ukrywa dłoni, nie żżyma się, kiedy nie może rozdzielić sklejonych obrazków. Boję się spytać.
   Czuję lekkie drapanie w ławkę. To gołąb. Siedzi obok mnie i drapie pazurkami starą farbę. Tuż obok wyciętej daty "lipiec1954-maj2009". ? Barbie mruży oczy i z lekkim uśmiechem, jak śniąca kotka, wystawia twarz do słońca.
   Gołąb unosi skrzydło i na łąwkę spływa koperta. Chwytam ją i wącham. Pachnie słodkawo i niepokojąco. Czyżby to był gołębi zapach? Kiedy z lekkim trzaskiem odklejam kopertę, gołąb zrywa się i odlatuje. Na twarz Barbie sfruwa lekko puszyste piórko. W ostatniej chwili ujmuję je w palce i wącham. To nie ten zapach.
   Wyjmuję z koperty kartkę paieru. Serce bije mi mocno. Ogarnia mnie niepokój. Zerkam na Barbie. Śni.
   Na kartce, pachnącej słodko, widnieje rząd wersów. To wiersz. Zanim go zaczynam czytać, coś każe mi przyłożyć ucho do kartki. Słyszę nagle, jakby w głębi siebie, w głowie, muzykę. Znam ją. To jest melodia dzwonka, który rozlegał się u drzwi w domu mojej babci. I słodki zapach.

"Budzić się co dnia o świcie
Radość czując w każdym mięśniu,
Patrzeć przez kajuty okno
Na zielonej fali grzbiet,

Albo na pokładzie w deszczu
Skryć się w miękkich fałdach futra,
Wsłuchać się w rytm maszynowni
I nie myśleć. Nic a nic.

Lecz w przeczuciu powitania
Tego, co się stał mą gwiazdą,
Młodnieć bardziej z każdą chwilą
W słonym bryzgu morskich fal."*



   - Co tam czytasz, Egon?
   Chowam kartkę za siebie, ale za późno. Misiek stoi nade mną i wyciąga do mnie tłustą łapę.
  - Nic takiego, panie Misiek.
   Barbie drży. Przykłada dłoń do czoła, bo Misiek stoi pod słońce.
   - My nic nie robimy - mówi przestraszona.
   - To się jeszcze okaże. Kartka, Egon. Dawaj to.
   Zrezygnowany podaję mu list. Patrzy. Patrzy. Patrzy.
   - Co to, kurwa, ma być? Jakieś gówno!
   Zgniata ją i bierze zamach, by cisnąć tą kulką we mnie. Ale w momencie, gdy unosi rękę, jego oko rozpala nagły błysk. Zbliża papier do ucha. Po twarzy rozlewa mu się błogi uśmiech. Wciąga powietrze, wtula krościaty nos w list i odwraca się do nas plecami.
   - A siedźcie tu sobie, gołąbki. Tylko grzecznie.
   Patrzę na jego zwaliste pośladki i potężne uda. Stąpa, jakby miał z pięćdziesiąt kilo mniej.
   Barbie trzyma mnie za dłoń. Paznokcie powoli jej się goją.

*wiersz Anny Achmatowej w przekładzie Katarzyny Chmiel


wtorek, 16 lipca 2013

rusyjskie wiersze

   Anna Maria pochyliła się nad kałamarzem. Uwielbiała niepokojący zapach atramentu z łez kruków. Gęste krople, z pozoru czarne i zimne, na kartach dziennika zamieniały się w mieniące się ścieżki i zawijasy. W dodatku dzwoniły delikatnie, trzeba było tylko w ciszy nocy przyłożyć ucho do słów i rysunków. Nie była to żadna konkretna melodia, a jednak ilekroć Anna Maria sięgała spod poduszki dziennik i tuliła go do policzka, zdawała się rozpoznawać to kołysankę z dzieciństwa, to poranny zaśpiew słowika, albo melodię pozytywki zamkniętej w żółtej karuzeli z różowymi konikami. Dlatego zawsze, kiedy w środku nocy otwierała oczy, przebudzona ostatnim promieniem księżycowego światła ześlizgującym się po bambusowej żaluzji, sięgała po dziennik. Słuchała przez chwilę, a potem, pokonując ból w plecach poniżej garba, przekręcała się na drugi bok i zasypiała ponownie, uspokojona, z błogim uśmiechem na ustach.
   Teraz zatem wciągnęła głęboko słodkawy aromat, aż przebiegł ją znajomy, euforyczny dreszcz, od brzucha do palców stóp i po czubki włosów, i zanurzyła w kałamarzu pióro. Pióro podarował jej Wagina. Przeznaczył na to najdłższą, fioletową lotkę z lewego skrzydła. Anna Maria doceniła ten gest i obiecała w rewanżu utkać na szydełku podwójne kapturki dla dwugłowej dziatwy gołębiej pary.
   Na skośnie przyciętej dudce lśniła kropla. Anna Maria westchnęła i oparła pióro o kartę dziennika. Niedawno odkryła jeszcze jedną właściwość ptasich darów. Pióro Waginy nasączone atramentem z kruczych łez żyło własnym życiem. Pozwalało jej pisać niespotykanie lekkie wiersze, a kilka dni temu, gdy w Antykwariacie zakupiła tomik rusyjskiej poezji i zaczęła go czytać, nagle, nie wiedzieć skąd, pochwyciła myśl, ślad pomysłu, okruch zapału - przetłumaczyć te wiersze. Tego samego dnia zasiadła do pisania, gdy tylko Lewy Profil zniknął za czuprynami baobabów. Świeca skwierczała podekscytowana. Zegar na wieży Pałacu Ich Rozkoszności wybijał godzinę za godziną, aż wszystkie godziny tej nocy zostały wybite. Kiedy Anna Maria skończyła, a raczej kiedy w kałamarzu wyczerpały się łzy, na kartach dziennika błyszczało i dzwoniło kilkanaście przetłumaczonych wierszy. To było coś wielkiego. Anna Maria była dumna.
   Przeczyta je jutro. Kiedy się wyśpi.

poniedziałek, 15 lipca 2013

112

   A więc upomniałaś się o mnie.
   Sto dwanaście. Dokładnie tyle dni mnie nie było.
 Teraz leżę w cichej sali i czekam na decyzję doktora Mortem Posta. Znowu będzie mnie straszył i szprycował tymi swoimi wynalazkami. Ma nadzieję, że dzięki mnie odkryje tajemnicę wiecznej młodości, przenoszenia w czasie, podróżowania pomędzy światami. Nie mówi tego głośno. Wobec personelu i innych pacjentów kpi ze mnie i szydzi z moich opowieści. Ale kiedy zostaję z nim sam na sam, zanim jeszcze zapadnę w otchłań nieświadomości i zaplutego snu, nachyla się do mnie i ciepłym szeptem, niby ojciec, ponagla:
   - No, Walter, śmiało. Wiesz, że ci wierzę, tylko nie mogę nikomu o tym powiedzieć. Pomogę ci. Na stałe tam zostaniesz, jeśli będziemy pracować razem. Mogę sprawić, że ślad i pamięć po tobie w tym świecie zniknie, zanim ubędzie ci jedna zmarszczka tam, w Sepii. Sepia, dobrze mówię? Ja też nie chcę umierać, wiesz? Niech to będzie nasza tajemnica, dobrze? Nikt cię nie będzie szukał i sprowadzał z powrotem.
   Śmieję się, bo jestem tak naćpany, że widzę, jak jego twarz zamienia się w wielką mewę i odlatuje. A każde jego słowo zamienia się w biały placek guana.
   - Śmiej się, Walter, śmiej. Śmiech to zdrowie. A ty będziesz potrzebował dużo zdrowia. No, jak, Walter? Jak przechodzisz, powiedz? Gdzie? Co wtedy robisz, o czym myślisz?
   Już nawet chcę wybełkotać, że to Barbie, ona mi pomaga, ona mnie nauczyła wszystkiego, ale do sali wpada Misiek. Zamiast oczu ma dwa pełne gówna baseny, więc krztuszę się śliną i muszą wyciągać mi język na brodę.
   - Oj, panie Egon, znowu musimy się trochę popieścić - rzuca teraz Post, ocierając wierzchem dłoni kąciki ust.
   - No, jedziemy, dupku!
   Misiek jest bardziej bezpośredni. Goli mi jeszcze skronie, zacinając zaledwie w trzech miejscach i ruszamy. Jarzeniówki przelatują nad głową niczym sto dwanaście dni. Będzie elektryzująco.
   A więc upomniałaś się o mnie.
   Nie wiem, gdzie byłem. To znaczy, domyślam się, ale tym razem nie pamiętam niczego z tamtej strony. Bo mam nadzieję, że byłem w Sepii. Jak zawsze do tej pory. Poza tym mam pewien dowód. Filiżanka. Biała filiżanka z obrzeżem w kolorze miedzi. Ulepiona z popiołu. Ze wspomnień. Skąd się wzięła? Ukradłem? Została mi podarowana? Po raz pierwszy przemyciłem stamtąd jakiś przedmiot. Mam ją ukrytą między pośladkami, przez cały czas. Nie pozwolę jej zabrać nikomu. Mam poczucie, że będzie bardzo ważna w moim życiu. 
   Filiżanka z popiołów wspomnień.

 

niedziela, 24 marca 2013

wywiad

Fragmenty wywiadu, jakiego udzielił dr Mortem Post w programie telewizyjnym „Białe Plamy”.

(…)
Bp:  Świat wolny od chorób psychicznych? Czy tak należy rozumieć pańskie przesłanie?
MP:  Nie do końca. Powiedziałem „nie będzie chorych psychicznie”, a nie, że nie będzie chorób psychicznych.
Bp:  Rzeczywiście. W takim razie?
MP:  Przy dzisiejszym poziomie rozwoju chemii farmaceutycznej, nanoneurochirurgii oraz dzięki osiągnięciom w zakresie manipulacji genowej możliwe jest okiełznanie każdego szaleństwa. Rzecz nie w tym, czy można, tylko czy chcemy. Okazuje się bowiem, że blisko połowa pacjentów żyje w rodzinach, których albo nie stać na leczenie, albo nie chcą tego uczynić z różnych względów.
Bp:  Na przykład?
MP:  Na przykład solidny zasiłek opiekuńczy, pozwalający utrzymać się całej rodzinie. Należałoby taki zasiłek przyznawać, no, może w nieco mniejszej wysokości, dopiero po wykonaniu korekcji osobowości. To motywowałoby rodziny, opiekunów do kierowania chorych na leczenie. Niektórzy znowu trzymają się jakiejś chorej idei wolności. Zupełnie, jakby powstrzymanie destrukcji sfery duchowej, umysłowej, emocjonalnej oraz fizycznej nie było aktem wyzwolenia z samonapędzającego się rydwanu psychicznej zagłady u osób, dotkniętych choćby nerwicą czy depresją, nie mówiąc o paranojach, schizofrenii, katatonii, autyzmie. Dzisiejszy świat jest środowiskiem wyjątkowo sprzyjającym rozwojowi tych anomalii, z racji skażenia środowiska, żywności, z racji zaciskającej się na szyi społeczeństwa pętli strachu przed globalną katastrofą. Strach jest zaraźliwy, dlatego należy izolować, w sensie zarówno fizycznym, jak i mentalnym, osoby najbardziej zalęknione, lub też w wyniku lęku już chore.
Bp:  Izolować?
MP:  Tak. Mam tu na myśli ośrodki takie, jak moje kliniki, czy izolację farmakologiczną, dostępną w wielu przypadkach, albo też korekcję nanoneurochirurgiczną, która jednak ze względu na koszty jest dedykowana tylko najbogatszym.
Bp:  A głosy, które mówią o łamaniu praw człowieka? A etyka i człowieczeństwo? A nowoczesne podejście choćby do kwestii schizofrenii, która nierzadko postrzegana jest jako inny sposób odbierania świata, niekoniecznie gorszy, a na pewno bogatszy w doznania i emocje?
MP:  Kępiński, co? Stara szkoła. Niech pani to powie matkom ofiar. Dzieciakom chorych rodziców. Sąsiadom, nie śpiącym po nocach w obawie przed zalaniem, pożarem albo łomotaniem do drzwi. Ja proponuję darować sobie zbędne skrupuły. Mam też odwagę brać na siebie odpowiedzialność za wyniki leczenia. Fundacja, której przewodzę wspiera tych, wobec których zdarza nam się popełnić błąd natury diagnostycznej lub inny błąd medyczny. Uprzedzę pani pytanie – takich błędów zdarza się sporo. Sporo w moim odczuciu i złości mnie to, bo mogłoby być ich mniej, gdybyśmy mogli interweniować wcześniej albo głębiej. Albo gdyby rodziny w pełni chciały współpracować.
Bp:  Ile?
MP:  Proszę?
Bp:  Jak wiele jest tych błędów?
     (chwila milczenia, śmiech MP)
MP:  Pięć procent.
Bp:  To dużo?
MP:  Za dużo.
Bp:  Walter Egon?
     (chwila milczenia)
MP:  Nie rozumiem.
Bp:  Walter Egon. Pacjent pańskiego oddziału. Czy to jego miał pan na myśli, wspominając o ofiarach?
MP:  Dane osobowe moich klientów objęte są ścisłą ochroną. Ujawnianie ich jest przestępstwem.
Bp:  Zatem inaczej. Czy zdarzyło się popełnić błąd, wskutek którego zdiagnozowany jako prześladowca stał się ofiarą?
MP:  Proszę pani. Moje kliniki cieszą się uznaniem w kraju i za granicą. Rok w rok otrzymujemy dofinansowanie ze środków Światowego Funduszu „Free Minds” oraz poparcie służb rządowych ze względu na wkład w walkę z przestępstwami o podłożu psychopatologicznym. Jedyne, czego możemy sobie życzyć, to święty spokój, by móc swobodnie rozwijać dziedziny naszego działania i nieść pomoc chorym i ich rodzinom. Sztab najlepszych prawników czuwa, by wszystko odbywało się w majestacie prawa. Nie czas na sięganie do kwestii, które z racji kontrowersji szkodzą wizerunkowi współczesnej psychiatrii, a rozstrzygnięcia oczekują na sali sądowej. Możemy wrócić do tego tematu za jakieś pół roku. Zgoda?
     (…)

poniedziałek, 18 marca 2013

szur, stuk, szur

   Monsieur Tourette chrapie delikatnie na swojej pryczy. Blask księżyca rozlewa się po jego bladej twarzy. Usta ma otwarte szeroko. Znowu rano będzie go bolało gardło. Jego łóżko styka się nogami z łóżkiem Skeleta. Ten, jak zwykle leży na boku, z otwartymi oczami. Od czasu, kiedy doktor Mortem Post go "wyzwolił", nie wiadomo, czy śpi, czy tylko leży i się gapi. Jemu z kolei trzeba zakraplać oczy, bo mu wysychają. Za to śliny mu nie brakuje. Kiedy tak leży na boku, z ręką zwiniętą w pięść podłożoną pod skroń, z ust na poduszkę zwiesza się lepka nitka.
   Pojarka śpi na wprost mnie. Mam nadzieję, że śpi. Jest pełnia, a jemu zdarza się przy pełni dostawać niezłego odpału. Kiedyś zaczął śpiewać i tańczyć, aż przyleciał Misiek i go zabrał do cichej sali. Ale dziś śpi. Głęboko. Kopię go w stopę przez pręty. Nic. Dałem mu swojego procha. Łyknął, aż miło.
   Leżę i czekam na sygnał od Barbie. Wróciła dziś rano do sali. Nawet w niezłym stanie. Przy obiedzie uśmiechnęła się do mnie. Ale palce miała całe zakrwawione. Więc mogę jej nie usłyszeć. Mamy swój tajemny język. Jej sala jest przez ścianę z moją, jej łóżko stoi wezgłowiem na wprost mojego. Komunikujemy się za pomocą drapania w ścianę. Ale do tego potrzebne są paznokcie, a Barbie właśnie je obgryzła do krwi. Jak zawsze wtedy, gdy odwiedzi ją ojciec. Dlatego leżę cicho, bo chrobot może być ledwie słyszalny. Szept.
   Księżyc sączy światło w usta Tourette'a. A może jest odwrotnie. Może to monsieur Tourette wydziela przez otwarte usta srebrzysty blask. Jego cień na ścianie przypomina wierzchołek wulkanu.
   Jest. Szur, szur, szur. Odpowiadam. Szur, szur. Ledwie ją słyszę, biedactwo. Musi ją okropnie boleć. Nie mamy żadnych noży, sztućców ani nawet ołówka. Niebezpieczne. więc muszą nam wystarczyć palce i paznokcie. Dlatego pilnuję Barbie, żeby ich nie obgryzała. Ale nie mogę tego robić, gdy zabiera ją ojciec.
   Szur, stuk, szur. Dobra, jutro. Stuk, stuk. Gdzie? Stuk, szur, stuk, szur. Tam, gdzie ostatnio. Aleja Pomyj. Szur, przerwa, szur, przerwa, szur, stuk. Dobranoc, kochana. Dobranoc.
   Niech ci się przyśnią wszystkie święte świata, obecne i przyszłe, z twoich obrazków i z twoich przekleństw.
   - Zostaw pojarkę - rzuca z głośnym sapnięciem Pojarka i pierdząc głośno, przewraca się na drugi bok.

niedziela, 17 marca 2013

antykwariat

   W tym czasie, pomiędzy wrześniem a grudniem, widywano Waltera gdzieniegdzie, czasami, ulotnie, niepewnie. Niby był, ale czy to było tutaj? Czy to było wczoraj? Jedno jest pewne. Antykwariusz potwierdza, że pewnego dnia mężczyzna o aparycji szaleńca, budzący jednakże bardziej współczucie, zaciekawienie, a nawet sympatię niźli strach, przejrzawszy pośpiesznie, acz dokładnie, stos ksiąg - niczym pies buszujący w krzakach, pewien, że jest gdzieś tam cuchnąca na kilometr kość - poprosił o odłożenie dla siebie dwóch tytułów, a trzech tomów: „Dzieł zebranych” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej  oraz pewnego słownika. Miał zgłosić się po nie wkrótce, nie wiedział dokładnie, kiedy, jednak na tyle szybko, by antykwariusz nie poniósł straty, ani nie miał poczucia popełnienia błędu. Co ciekawe, niczym wspomniany pies – wwąchiwał się pomiędzy żółte stronice tomów poezji, jakby odnalazł z dawna wyglądany trop. Nie kształt liter, brzmienie słów, nie soczystość metafor, ale zapach zaklęty w dziele wyraźnie przekonał klienta – twierdził antykwariusz, opisując dziwnego człowieka.
   Do transakcji nie doszło – tydzień później ktoś włamał się do antykwariatu, jakiś żebrak prawdopodobnie i zaprószył ogień. Zginął wśród gorejących, niechcianych dzieł.

wtorek, 12 marca 2013

popiół

   Popiół nie padał w Sepii od bardzo dawna. Może z tysiąc lat. Może dwa. Teraz z nieba o odcieniu miedzi powoli, dostojnie jak kępki kaczego puchu, spływały ku pustym ulicom wielkie płaty rdzawego popiołu. Osiadał na bruku i kamienicach, gromadził się w suchych rynsztokach, oblepiał liście drzew i pompy wspomnień. Fontanna Magnezji zamieniała się powoli w ociężały kopiec. W ulicy Negatywu cienie i odbicia w szybach wystawowych zmieniły kolor z białego na piaskowy, a po ulicy Pozytywu wiatr toczył skłębione westchnienia, widoczne dzięki powłoce z popiołu. Patrząc w głąb ulicy można było odnieść wrażenie, że to spóźnieni kochankowie przemykają chyłkiem pod murami, że zawstydzona modelka umyka z pracowni rozochoconego fotografa, że szczęśliwy nabywca trafionego losu na Loterii Marzeń niesie w zaciśniętej pięści bezcenny kupon - a to tylko ślad po nich, wspomnienie przyobleczone w kształt utkany z tłustawej, rudej mazi.
   Zwiastował zmiany. Wielkie Wydarzenia. Ostatnim razem, którego Anna Maria nie była jeszcze świadkiem, nastąpił wielki wyciek wspomnień. Większość mieszkańców Sepii utraciła swoje wspomnienia. Aby pocieszyć mieszkańców i pokazać im, że łączą się z nimi w tych trudnych chwilach, Jego Wysokość Sentyment oraz Jej Wyniosłość Melancholia, w towarzystwie Wielkiego Korektora odbyli długą przejażdżkę po Sepii, od Alei Obiektywów począwszy, przez Targ Opowiastek i Park Sennej Ułudy aż do Ciemnej Rzeki, za którą jest już tylko... brrr, strach pomyśleć.
   Anna Maria obiecała sobie, że nie będzie się więcej bać. Od czasu, kiedy Wagina wrócił zza Ciemnej Rzeki bez listu minął miesiąc i Anna Maria zdążyła się już przyzwyczaić do myśli, że coś się wkrótce wydarzy. Coś ważnego.
   Z jajek Luny wykluły się dwugłowe gołębie. Ale to nie to. Anna Maria je wymyśliła i się stały. Były jedynie spełnieniem jednego z jej marzeń, zatem w nieodległej, ale całkowicie niespodziewanej przyszłości mogła oczekiwać jakiejś przykrości. To była cena spełniania się marzeń w Sepii. Z każdym zrealizowanym marzeniem spełniał się jakiś koszmar. Niekoniecznie od razu, często bez żadnej okazji, ale niezawodnie.
   Teraz zatem, kiedy słońca, Lewy i Prawy Profil, zachodziły już za widnokręgiem, utworzonym z koron wiecznych baobabów, odetchnęła spokojnie i pochyliła się nad kartką papieru. Umoczyła stalówkę w kałamarzu pełnym łez kruków z Zamglonej Dzielnicy i zaczęła pisać:

stado*

foto: Łukasz Gliszczyński argoth.pl
na śniadanie czytasz mi z ręki

siedzę w kuchni na drugim końcu miasta
nadgryzioną bułką zaznaczam świt
w doniczkach pelargonie w czerwonym słońcu
czekają na deszcz

na śniadanie czytasz mi z ręki
dżem spływa po palcach po klawiaturze wiersza
pod językiem chowasz garść słów
popijasz mlekiem
i wraca tętno wczorajszego snu

właściwie mam wszystko
wazon i wodę w wazonie
komplet srebrnych łyżeczek do kruchej szarlotki
garść ryżu
kota
pierwszy siwy włos

moja miłość dłuższa o adamowe żebro

stado oswojonych gołębi
kołuje nad drugą kawą 


   Następnego dnia rano Wagina pomknie za Ciemną Rzekę. Dobranoc, najdroższy!


* wiersz Anny Karasińskiej

sobota, 2 marca 2013

dramatis personae

   Otwieram oczy, kiedy biją w gary. Monsieur Tourette stoi nade mną i pluje mi na koc.
   - Tfu! W dupę jebany! - szczeka i przeciera dłonią usta. Trzy razy od lewej do prawej wewnętrzną stroną i raz od prawej do lewej, wierzchem. Znowu pluje. - Jebać jebanego!
   Dobra. Wszystko w porządku. Jestem u siebie.
   Z korytarza dobiega krzyk sanitariusza. To chyba ten stary ze złotym zębem. Mras. Dobry człowiek, tylko dużo pije. Wtedy, kogo się da, zapina w pasy i nie reaguje na otoczenie. Osuwa się podobno w głąb siebie. Szuka córki czy coś. Od trzydziestu lat. Utonęła w szambie, jak pili na jej komunii. Jeździła nowym rowerkiem i za domem zarwały się deski na pokrywie wielkiego zbiornika. A Mrasowa mówiła, żeby naprawił. Jak wyszli wreszcie zrobić zdjęcie, to tylko nogi wystawały z brei. Wyglądała jak lilia, z rozłożoną na gównie sukienką. Opowiadał mi tę historię kilkanaście razy. Nikomu więcej, pytałem. Ale, bo to ci prawdę powiedzą, świry ostatnie.
   - Jebany! - pluje Tourette. - Jebać go!
   I biegnie z kubkiem w ręce do naszej małej stołówki.
   - Wyłazić na śniadanie! Śniadanieeee! - drze się Mras, ale jakoś tak bez jaj. Nie zależy mu.
   W sali jest nas czterech. Ja, monsieur Tourette, Skelet i Pojarka. Dobrana z nas paczka. Tourette klepie w koło jedno i to samo. Ostatnio uwziął się na "jebanego". Tak już ze trzy tygodnie. Będzie. Zmieni mu się, jak się wreszcie Misiek wkurzy. Już on mu da lekcję na swoim dyżurze.
   Skelet nie mówi wcale. To od czasu, jak miał czarne oczy. Przedtem mówił, i to pięknie. Recytował i śpiewał. Zanim mnie dorwali, wypytywali go w izolatce. Gasili mu papierosy na paznokciach. A potem ordynator sprawił mu czarne oczy. Teraz Skelet tylko siedzi i ślini się przez otwarte usta. Ale nie jest źle. Najgorzej porąbany jest Pojarka. Jak się uweźmie, to nie odpuści. Muszę mu załatwić jakiegoś peta. Więc zbieram je, jak tylko jest okazja, i noszę po kieszeniach, chociaż sam nie palę. Kiedyś mu nie dałem, to mi w nocy naszczał na głowę. Teraz zawsze mu daję i jesteśmy kumplami. Chroni mnie, w razie czego.
   Siadam. Ręce mi się trzęsą. W głowie huczy. Czas na leki. Ale najpierw śniadanie. Człapię do sracza się odlać i przemyć twarz. Woda jest słodka jak miód. Wgapiam się w jedną z płytek na ścianie. Jak dobrze się przyjrzeć, to kawałek gęby się zobaczy. Bo luster tu nie ma. Zasypiam. Budzę się, gdy zgięta bezwiednie noga wali kolanem o ścianę. Ból cuci mnie i udaje mi się nie upaść. Idę na stołówkę.
   - Co jest? - pytam, stając za Wojtkiem spod czwórki. I wtedy przypomina mi się, że w łóżku czytałem list. Musi gdzieś tam być. Ruszam po niego, ale Mras mnie zatrzymuje:
   - Ty, poeta, zapierdalaj do kolejki, ale już.
   Wracam.
   - Owsianka, jak zwykle - odpowiada cicho Wojtek. Ma czerwone oczy, jakby mu ktoś naświetlił spawaniem i jeszcze wsypał piasku. Znowu nie śpi. Jeszcze parę dni i ordynator zafunduje i jemu makijaż. Czarne oczy. Ruchem głowy wskazuje na Phila Pedo, siedzącego przy stoliku. Sypie okruszki do słoika, w którym trzyma dwie muchy. Zbrodnia i Kara. Wciska drobiny przez maleńki otwór, który zakrywa kawałkiem gazy. Wojtek się go boi.
   - On jest chory - szepcze do mnie i powoli zmierza do ich stolika.
   Siadamy salami. Skelet wisi nad pustą miską. Znowu będę musiał go nakarmić w sali. Pojarka rąbie już drugą miskę. Pewnie Skeleta. Monsieur Tourette zjada łyżkę, wstaje, obchodzi krzesło, siada.
   - Jebać! - mówi i znowu wstaje. Tym razem obchodzi krzesło w drugą stronę, Siada, zjada łyżkę owsianki i od nowa.
   Zerkam na puste krzesło przy stoliku 7D. Mam nadzieję, że już wkrótce się zapełni. To przeze mnie. Wiem o tym, choć Barbie Turan tak bardzo chciała mi pomóc.
   - Dzień dobry, dziateczki!
   W wejściu staje ordynator. Doktor Mortem Post. Ciekawe, co jej zrobił?

piątek, 1 marca 2013

śniadanie z Anną Marią



śniadanie z Anną Marią
                 „gołębie pocztowe - to naprawdę dobry tytuł na tomik”
                                                                                                                      Walter Egon

na śniadanie czytam twoje wiersze
i karmię gołębie pocztowe
bułką z dżemem kawą z mlekiem

z powodu kilku niedospanych świtów
i zadyszanych nocy piszesz

tak lekko jakby zrywać
stokrotki o tym że wolisz
długą śmierć niż krótką miłość
bo nie skończy się wieczornym łamaniem chleba
o tym że jesteś doskonalsza ode mnie
o jedno żebro kota bluszcz na balkonie
i pokój z widokiem na sen właściwie

masz wszystko mieszkanie samochód
stado dzieci kilka stad
gołębi to wielkie szczęście
móc patrzeć jak krążą wolne
ponad kominami